Tak jak obiecałem, nadrabiam zaległości… Strasznie szybko ten czas leci, wolno, a szybko, niby nic się nie dzieje, a ciągle coś. I na nic nie ma czasu. Tym razem urozmaicenie, wyprawa do Salvadoru, po dwóch miesiącach pobytu w Cumuruxatibie – nie lada gratka!

Prado - kościół
Sama podróż – katorga… Żeby być o szesnastej w Itamaraju, odległym o jakieś 50 kilometrów, trzeba wyjechać z Cumuru już o dziewiątej rano. Oczywiście przez Prado, które jest wyjściem na świat, łącznikiem ze wszystkim, czego tutaj nie ma, jedyną drogą, która dokądś prowadzi, niemal drogą obiecaną… W Prado parę godzin czekania, potem autobus do Itamaraju – i tam znów czekanie. Prawie cały dzień minął, a najlepsze jeszcze przede mną – kilkanaście godzin w autobusie do Salvadoru. Jechałem najtańszą klasą, Convencional, ciasno jakoś, autobus pełny, bo to ferie zimowe, no i miałem atrakcje – jak jedni skończyli gadać, to drudzy zaczęli, jak jedni wysiedli, to inni wsiedli, i tak w koło Macieju. Trochę udało mi się przespać, ale całkiem połamany rano wysiadłem, połamany, zmięty, pokręcony… Jak ja dałem radę tę samą trasę zrobić bez przerwy po kilkunastu godzinach w samolotach i na lotniskach? Pojęcia nie mam, młodszy chyba byłem…
W Salvadorze chaos totalny, Armageddon komunikacyjny, samochody, autobusy, motocykle, korki, klaksony – wszystko to centralnie przez moją głowę przejeżdżało, przez umysł mi się przewalało i jakby koleiny zostawiało, i ślady bieżników opon. Po ciszy Cumuru, po tym spokojnym bytowaniu, nagle takie decybele – tam szum fal, śpiew ptaków, szelest liści, a tu warkot, zgrzyty jakieś, motory, miasto, miasto! Nie dość więc, że zmięty i wygnieciony, to jeszcze dźwiękowo, muzycznie jakiś zgwałcony się czułem…

Salvador - widok z hotelu
Z dworca pojechałem od razu do dzielnicy Barra, przy samym wejściu do zatoki, i wynająłem pokój – przy samej plaży, z widokiem na morze. Prawie jak w Cumuru, czy już na zawsze tak mi zostanie, że wodę za oknem będę musiał mieć? Dalej prysznic, śniadanie, a potem… wstyd się przyznać… do galerii handlowej. Tak, w klapeczkach i w szortach, niemal prosto z dżungli, a jak w amoku jakimś, a jak narkoman na głodzie, do pięknego, klimatyzowanego Shopping Barra, gdzie sklepy, witryny, towary, kawiarnie, kino, ludzie… I księgarnia… Prawie dwie godziny tam spędziłem, delektując się szelestem kartkowanych książek, i nie miało znaczenia to, że książki były w języku, którego nie rozumiem, bowiem sam fakt, że książki są, że ktoś drukuje, ktoś czyta, ktoś kupuje, że Homer, że Edgar Allan Poe, że Lessing, Cootzie, Pamuk, że Dostojewski i dzieła zebrane Freuda, że to wszystko jest – już samo to mi wystarczyło, to mnie do świata i cywilizacji wróciło, nagle jak w domu się poczułem, sam siebie w szerszym kontekście zobaczyłem, i nawet na Paolo Coelho łaskawszym okiem spojrzałem… Potem, nie wiem, czy to z wrażenia, czy jakoś może podświadomie, cukier mi spadł na łeb na szyję, więc gazetę kupiłem, i na kawę i ciastko poszedłem, zapadłem się w wygodnym fotelu w kawiarni jak w angielskim klubie, cygara mi tylko brakowało… Nie ma co, Europejczyk pełną gębą…
A jeszcze potem inne sklepy, nieważne nawet, jakie – sportowe, meblowe, nawet AGD – na wszystko z zachwytem patrzyłem, chłonąłem, niemal na pamięć się uczyłem, jak kiedyś w Berlinie Zachodnim czy we Frankfurcie… I pomyślałem w pewnym momencie – jak to, ledwo dwa miesiące wystarczyły, żeby mnie tak rozmiękczyć, żeby tak mnie zredukować? To co to będzie za pół roku, za rok…?

Salvador - Pelourinho
Z tej ulicy Krokodyli prosto na lotnisko pojechałem, bagatela, dwie godziny… Ola przyjechała wymęczona, też trochę wymięta przez ten samolot, jak wszyscy zresztą, ale wyglądała wspaniale, jak zawsze… No i nagle wszystko się zmieniło, już nie byłem sam, już jakby czasy pionierskie się skończyły, czasy samotnego odkrywania, a jakby wtórna kolonizacja Brazylii się zaczęła, bardziej zorganizowana. Już teraz nie ja, a my, w małym domku, już to inna jakość się zrobiła, bo to już nie sam, a w grupie, małej, bo małej, ale w grupie, już teraz z kimś być, rozmawiać można, już w innych kategoriach się myśli. A to i dziwnie się poczułem, jak to będzie, po dwóch latach bycia samemu, głównie ze sobą, jak to będzie…? Oby nie zrobił się Paweł i Gaweł z tego…
Z lotniska do hotelu, znów dwie godziny komunikacją miejską, wrażenie jakby w kółko się jeździło, prawdopodobnie – słuszne… A potem… rzeczy, które Ola mi przywiozła, rozpakowywanie, takie małe Boże Narodzenie w środku lata, choć właściwie tutaj środek zimy, to czemu nie? I oczywiście szklaneczka, czy nawet dwie, trzy, Walkera Black Label, i jak dzieci posnęliśmy…

Salvador
Następnego dnia intensywne zwiedzanie Salvadoru, a wieczorem – ceremonia candomble. Szczerze mówiąc, miałem bardzo mieszane uczucia jeszcze zanim tam dotarliśmy i to zobaczyliśmy, a po samej ceremonii – uczucia jeszcze bardziej się zmieszały. Z jednej strony wyznanie to jest bardzo popularne w Brazylii, z drugiej – jest to też atrakcja turystyczna, dlatego ciężko stwierdzić, na ile rzecz cała była ustawiona, pod tą naszą mini-grupkę turystyczną zainscenizowana (oprócz nas jeszcze małżeństwo Basków). Jak dla mnie było to na pewno przeżycie z gatunku tych, które każą człowiekowi zastanowić się nad kilkoma tak zwanymi istotnymi rzeczami, jako to nad porządkiem metafizycznym wszechświata, miejscem człowieka na tej naszej kulce, kształtem kultury (czy może raczej ścieżkami, rozwidlającymi się ścieżkami kultury…), naturą rytuałów, i tak dalej. Mówię – kazał mi się zastanowić, niekoniecznie zaś od razu przewartościować cały ten porządek, który mi się w głowie jakoś tam przyklepał. Ale wyobrażam sobie, że taka ceremonia w pełnej krasie, przy pełnej obsadzie, mogłaby mi poważniejsze przemeblowanie w mózgu poczynić. Ale do rzeczy – zdjęć żadnych nie ma, bo nie wolno robić, więc tylko krótki opis, subiektywny rzecz jasna, jak rzecz wyglądała.
Kierowca odebrał nas z hotelu, następnie pojechaliśmy na Pelourinho po naszego przewodnika i pozostałych gringos, czyli wspomniane małżeństwo Basków. Stamtąd przewieźli nas do jakiejś dzielnicy poza centrum. Dom, w którym odbywała się ceremonia, oznaczony był przed wejściem białą flagą. Z zewnątrz oczywiście nie wyglądało to na żadne miejscu kultu, zwykły dom (brazylijski) na zwykłym osiedlu (brazylijskim). W środku rozdzielono nas – kobiety siedziały w ławkach po lewej stronie, mężczyźni – po prawej. W kącie pomieszczenia, na podwyższeniu, młodzi chłopcy wygrywali na bębnach rytmy candomble i śpiewali, przy czym nie bardzo wiedziałem, czy ceremonia już się zaczęła, czy to dopiero jakieś przygrywki, rozgrzewka przed ceremonią, bo bębniarze co chwila się zmieniali, bez przerwy też rozmawiali, śmiali się i dogadywali sobie, czasem wychodzili na zewnątrz na papierosa. Siedziałem tam zatem i rozglądałem się po sali, pełnej religijnych akcesoriów, przy czym był to niesamowity miks kulturowy – tu jakiś wąż afrykański prawdopodobnie święty, a tam figurka świętego Antoniego, na podłodze jakieś liście rozsypane, najwyraźniej mistyczne (aż od nich biło), a na stoliku, pełniącym rolę jakby ołtarza, coś jak gromnice; tu flaszka jakaś pewnie z alkoholem, a tam znów Chrystus rzeźbiony, ale jakby Murzyn… Próbowałem odnaleźć jakieś centralne miejsce, axis, wokół którego się to wszystko rozgrywało, ale chyba nie był to wspomniany stół, już raczej dwa rzeźbione krzesła, czy może trony stojące przy przeciwległej ścianie, jednak były one puste, nikt tam nie zasiadł, więc jakoś tak czułem się zawieszony, czekałem na jakiegoś mistrza ceremonii, kapłana, który przyjdzie i zacznie, nie wiedziałem jeszcze wprawdzie, co też by miał zacząć, ale tego początku wyraźnie mi brakowało… Kilka osób się krzątało po sali, jakby coś przygotowywali, kilka osób przysiadło obok nas na ławkach i próbowało dołączyć się do śpiewów, ale… dalej nic konkretnego, nic wyraźnego się nie działo. I już tak prawie przysypiałem, rytmowi bębnów się poddałem i gdzieś się umysł pod sufitem zawieruszył, aż w pewnym momencie coś poczułem, jakieś poruszenie – w przestrzeni, ale i we mnie trochę, nagle niepokój i uczucie dziwności mnie przeszły, rozejrzałem się po sali, spojrzałem na jednego z mężczyzn siedzących koło stołu-ołtarza – a jakby prąd przez niego przeszedł, cały w drgawkach, już jakby między kilkudziesięcioma wymiarami przelatywał, oczy wywrócone i już po drugiej stronie. Jedna z kobiet zdjęła mu okulary i buty, podwinęła nogawki spodni, i wyprowadziła go do przylegającego pomieszczenia. Nagle poczułem, jakbym coś tam zrozumiał, może nie wszystko, ale przeczucie na pewno jakieś miałem, przeczucie sensowności tego, co się działo, jakby błysnęło mi przez głowę, o co w tym wszystkim chodzi. Po chwili mężczyzna wrócił – przebrany dziwacznie, ze zwykłego, statecznego mężczyzny zmienił się w jakąś parodię człowieka, choć nie do końca śmieszną, dziwną po prostu, obcą, a jednocześnie jakby znaną… Do dziś nie wiem, co najbardziej w jego wyglądzie uderzało – czy kapelusz traperski w stylu wczesnego Indiany Jonesa, czy afrykańska przepaska zamiast koszuli, w której zresztą wyglądał jak kura, czy podwinięte spodnie, które stały się szortami? Całości dopełniało cygaro, które pociągał co chwilę, oraz śpiew i taniec – wykrzykiwane przez niego historie obrazowane ruchem, nic z tego nie rozumiałem, ale widziałem jakieś polowania z włócznią, jakieś wielkie zwierzęta, dumę z zabicia potwora czy może smoka…

Salvador
Mężczyzna tańczył tak w transie całkiem długo, cały był mokry, chwiał się i ledwo na nogach utrzymywał, i gdy już znowu zacząłem gdzieś błądzić myślami w jakiejś nieokreślonej sferze – jakbym obuchem oberwał, znów to samo – prąd, niepokój, dziwność, zdziwienie, i to przeczucie zrozumienia i poczucie (a może też tylko przeczucie) uczestnictwa – i już następny mężczyzna w drgawkach, i już go wyprowadzają, i też wraca dziwacznie przebrany, całkiem obcy, a znany… Nie myślałem, że się to powtórzy z takim natężeniem, a jednak…
Po jakimś czasie pierwszy z mężczyzn zakończył wyśpiewywanie swoich historii, i zabrał się za wyganianie złych mocy – uczestnicy ceremonii podchodzili do niego, a on zielonymi gałązkami jakby zbierał z ich ciała złe duchy, wytrzepywał je z gałązek za próg, a potem jeszcze jakby błogosławił. Jak tłumaczył nam wcześniej przewodnik, tego dnia ceremonia przeznaczona było głównie dla osób chorych, z różnymi przypadłościami – gdy tylko sobie to przypomniałem, już chciałem wstać, podejść do mistrza ceremonii i przegnać gałązkami w cholerę tę nieszczęsną cukrzycę, ale jakaś część (europejska?) mnie była zbyt silna i przygwoździła mnie do ławki. Na koniec dostaliśmy jakiś ciepły napój, coś jak kisiel (podobno coś z ryżu i mleka kokosowego), w ramach zdobywania nowych doświadczeń wypiłem dzielnie cały kubek, choć wolałbym nie wspominać nawet, jakie myśli mnie przy tym nachodziły… W każdym razie po powrocie do hotelu okazało się, że cukier grubo ponad 200 – czyli, krótko mówiąc, nie tym razem…
Następnego dnia rano poszliśmy na plażę, trochę się zrelaksować przed czekającą nas podróżą… Jakoś w Cumuru, kiedy jestem na plaży, nie miewam tego uczucia bycia gringo, bycia białym w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo po prostu jest tam pusto, natomiast w Salvadorze, na tle brazylijskich plażowiczów, czuliśmy się z Olą tak biali, że aż błękitni, czuliśmy na sobie w każdej chwili przynajmniej pięć par oczu wlepionych w nasze blade ciała… Po obiedzie pojechaliśmy na dworzec, przy okazji ostrego hamowania autobusu Ola zaliczyła upadek na mój plecak, na szczęście kontuzja nie była groźna. Żegnałem się z Salvadorem, przyznam szczerze, z radością – ledwo dwa dni mi wystarczyły, żeby z chęcią wsiadać do autobusu jadącego z powrotem na wieś, wycieczka była świetna i pełna wrażeń, ale jednak spokój, ocean, drzewa, ptaki – to mnie jeszcze nie znudziło, tego mi trzeba… 24 godziny, trzy autobusy, i byliśmy w domu.

Piraci w Cumuru
Ola była w Cumuru nie lada sensacją, nie ma co, jak szła na zakupy główną ulicą, to nagle cały ruch zamierał, ludzie przestawali rozmawiać i jak radary przekręcali się tylko z rozdziawionymi ustami, samochody i rowery przystawały na poboczu, fryzjerzy nagle zastygali z nożyczkami czy brzytwami w rękach, robotnicy z młotkami uniesionymi nad gwoździami, kucharze przypalali dania… Na szczęście nie było przypadków zawisłych w powietrzu ptaków, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo… Teraz mija już trzeci tydzień Oli w Brazylii, no i już jest chyba lepiej. Największy problem to oczywiście bariera językowa, człowiek ni w ząb nie rozumie, co miejscowi do niego mówią, ja się już jakoś do tego przyzwyczaiłem, a i też powoli już zaczynam łapać jakieś słowa, czasem nawet sens, ale początki są bardzo ciężkie… W każdym razie pracujemy nad tym – Ana-Paula najpierw ma godzinną lekcję ze mną, a potem z Olą.

Kot
W naszym domku pojawił się też nowy mieszkaniec – kot! Wzięliśmy jednego rozrabiakę od Ewy, jest naprawdę niesamowity (mój pierwszy kot, nie licząc krótkiego epizodu współdzielenia mieszkania na Grochowie z kotką Awangardą…). Pierwsze dwa czy trzy dni spędził głównie pod lodówką i w kanapie, w której wyszarpał własnymi pazurami solidną dziurę, ale teraz już się przyzwyczaił do nowego miejsca, i stopniowo poznaje okolicę. Dla nas to koszmar, bo czasem znika na dzień czy nawet dzień i noc, i siedzimy smutni i czekamy, kiedy tylko znów przyjdzie… Ale jak już przychodzi, i oczywiście wsunie solidną porcję jedzenia i zrobi w kuwecie to, co ma zrobić, to zaczyna się głaskanie, zabawy, mruczenie, gonienie… A po nocy, jak już się wyśpi i mu się znudzą samotne zabawy, to zaczyna się koncert kocich miauków, które zresztą brzmią jak coś między „miau” a „yahoo”, i zaczyna się rzucanie na drzwi, no i wstaję do niego, głaskanie, jedzenie, zabawa – i tak rozpoczynam dzień około szóstej rano…
I jeszcze jedno – mityczny Antonio… Nie chciał przyjść do mnie, to ja poszedłem… W zeszłym tygodniu zostałem przyjęty przez lekarza, jako kuzyn Ewy zresztą. Okazało się, że moje cukrzycowe zabawki da się jakoś załatwić – insulinę przywiezie mi doktor z Sao Paolo, bo tutaj mają inną, a zresztą nie zawsze mają… Ceny są porównywalne, ale raczej dlatego, że to cena dla lekarzy, normalnie insulina jest droższa. Gorzej z paskami. Jak powiedziałem, że sprawdzam poziom cukru tak z 4-5 razy dziennie, to lekarz i pielęgniarki patrzyli na mnie jak na wariata… Bo tutaj jest tak: paski można sobie kupić, ale cena jest kosmiczna – około 130 PLN za opakowanie (dla porównania w Polsce – 1 grosz). Można jednak mierzyć poziom cukru w przychodni, za darmo. Niestety tylko… raz w tygodniu. Przerażające… Zapisałem się też na badanie hemoglobiny glikowanej, we wtorek do Cumuru przyjeżdża laboratorium (ale strzykawki trzeba przynieść własne…). Wyniki – za dwa miesiące…
Niżej kilka zdjęć z Salvadoru, z Prado, z Cumuru, nie wrzucam tu wszystkiego, ale więcej można zobaczyć na flickrowym koncie Oli: http://www.flickr.com/photos/29110481@N05/
-
-
Prado – kościół
-
-
Prado
-
-
Prado
-
-
Prado
-
-
Prado
-
-
Prado
-
-
Salvador
-
-
Salvador
-
-
Salvador
-
-
Salvador – widok z hotelu
-
-
Salvador – widok z hotelu
-
-
Salvador – widok z hotelu
-
-
Salvador – brazylijski Zampano
-
-
Salvador
-
-
Salvador
-
-
Salvador
-
-
Salvador
-
-
Salvador
-
-
Salvador
-
-
Salvador – Pelourinho
-
-
Salvador – Pelourinho
-
-
Piraci w Cumuru
-
-
Cumuru
-
-
Cumuru
-
-
Cumuru
-
-
Cumuru
-
-
Cumuru
-
-
Kot
-
-
Kot
-
-
Kot
-
-
Kot
-
-
Kot
-
-
Kot
-
-
Kot
-
-
Kot
-
-
Kot