Rio funk

18 grudzień 2008

Miało być tak pięknie, a skończyło się… grypą żołądkową. Ścięło mnie natychmiast po przylocie, nawet się rozpakować nie zdążyłem, co tam – nawet zębów nie zdążyłem umyć, a tu już czekało na mnie – rewolucja w żołądku, mętlik i maligna w głowie, no i wyszło tak, że się z Polską w toalecie głównie witałem. Czym sobie zasłużyłem na te zaszczyty – pojęcia nie mam…

Pałace Boga

Pałace Boga

Wszystkie moje plany szlak oczywiście trafił, zatem i zdjęcia z Amazonii pojawią się z (jeszcze większym) opóźnieniem. A dziś kilka zdjęć z nowego domu, w którym teraz Filip urzęduje – w końcu udało nam się przeprowadzić jeszcze przed moim wyjazdem (a w zasadzie w dniu wyjazdu), a nawet podłączyć Internet. Oficjalnie zatem można powiedzieć, że epoka w małym domku, w chatce rybackiej nad brzegiem oceanu już zakończona, natomiast teraz nowy etap się zaczyna. Rzec by można – Pałace Boga, bo dom jest nieporównywalnie większy (6 pokoi chyba, tyleż łazienek, i dwa salony…), i rzecz jasna ładniejszy.

Wjazd do Rio od strony Niteroy

Wjazd do Rio od strony Niteroy

Wylot do Polski miałem z Rio de Janeiro, więc musiałem jeszcze przeżyć szesnastogodzinną podróż autobusem – rzecz nie należy do najprzyjemniejszych, zwłaszcza jak się siedzi w szortach, a klimatyzacja pracuje pełną parą. Cóż, miałem małą zaprawę przed zmianą klimatu…

Po przyjeździe do Rio trafiłem na sobotni kiermasz na Lapie, z sambą na żywo i innymi atrakcjami, a później – udało mi się zwiedzić rejony Rio, których wcześniej nie widziałem. Zwiedzanie to było dosyć specyficzne – w barze z pagode (rodzaj samby) na żywo poznałem Julio Cesara, jakoś tak przy piwie błyskawicznie się zaprzyjaźniliśmy (po portugalsku!), zagadaliśmy, aż w końcu postanowił zaprowadzić mnie w kilka miejsc, do których turyści rzadko trafiają (a i większość mieszkańców Rio też chyba niezbyt często…). Mowa o favelach, czyli slumsach, mieszczących się z reguły na zboczach stromych wzgórz otaczających miasto albo też wyrastających w jego obrębie w najdziwaczniejszych miejscach. Od razu zaznaczę, że w Rio organizowane są „favela tours” – czyli zorganizowane wycieczki na tereny faveli, jednak nie brałem w tym udziału, nie wiem, jak to wygląda, na ile to „ustawione” jest, i też do jakich dzielnic zabierani są turyści. A to ma chyba spore znaczenie – z Julio Cesarem odwiedziłem cztery różne favele, należące do dwóch z trzech głównych gangów, no i w każdej było inaczej, inna ochrona, zabezpieczenia… To, co najbardziej uderza, to fakt, że są to jakby państwa w państwie – jesteśmy w centrum Rio, a nagle po pokonaniu kilkudziesięciu stopni stromych schodów przenosimy się do świata, do którego policja nie ma wstępu, do którego prawo, tak jak my przyzwyczajeni jesteśmy je rozumieć, nie ma wstępu, w którym panują zupełnie inne zasady. Najgorszy (dla mnie) moment to wejście do faveli – idąc po tych schodkach wiedziałem, że jestem obserwowany przez kilka grup uzbrojonych strażników, że prawdopodobnie jestem na muszce kilku co najmniej pistoletów i karabinów, czy raczej armat, bo lubią tutaj duże gadżety… W zależności od ważności faveli i gangu, do którego należy (Comando Vermelho, czyli czerwoni, Amigos dos Amigos (ADA – Przyjaciele przyjaciół), czy TCP), kontrola może polegać tylko na obserwacji, albo też można się znaleźć twarzą w twarz w wartownikiem, który wyłania się nagle z wycelowanym gnatem i sprawdza, czy nie mamy przy sobie broni. Trzeba podnieść koszulkę, obrócić się (wszystko spokojnie i powoli, oczywiście), podnieść nogawki spodni, jeśli są długie… To ostatnie akurat musiałem zrobić, gdy wchodziliśmy do jednej z faveli Vermelho, no i wyszła przy tym dość komiczna (z dzisiejszej perspektywy) sytuacja. Mianowicie wartownik mierząc do mnie mówi, żebym spokojnie podniósł lewą nogę i uniósł nogawkę dżinsów, a ja, mocno spanikowany, pomyliłem portugalską lewą z portugalską prawą, i dalejże złą nogą… Czułem, że coś jest nie tak, strażnik jakoś tak dziwnie na mnie patrzył, może pomyślał, że coś kombinuję, sytuacja zagęściła się mocno, mnie siódme poty oblały, na szczęście Julio Cesar wyjaśnił sytuację – „Spokojnie, to gringo, nie wszystko rozumie”. Wartownik i jego kumple parsknęli śmiechem, ja już nogę właściwą do kontroli ujawniłem, potem drugą, i spokojnie mnie przepuścili… Na koniec rzucili tylko, że mam się tak nie denerwować…

Copacabana – w tle jedna z faveli

Copacabana – w tle jedna z faveli

Po przejściu tej kontroli, ledwo po kilku metrach, trafiamy na 12- czy 13-letnią dziewczynkę, która kuca przy krawężniku z dwoma reklamówkami – w jednej banknoty, w drugiej torebki z kokainą, crackiem, marihuaną i nie wiem, czym jeszcze. Oczywiście są na terenach faveli sklepiki, gdzie można kupić coś do jedzenia czy do picia, ale zdecydowanie przy punktach z narkotykami jest największy ruch. Stałem przez chwilę w pobliżu takiego straganiku – kupują wszyscy, młodzi starzy… Przerażające. Do tego jeszcze ci wszyscy goście z bronią – 14-latek bawiący się UZI, albo młodszy jeszcze chłopak z nudów celujący z ponad metrowego karabinu z celownikiem w mieszkańców Rio spacerujących na ulicach… Przypomniał mi się wtedy pomnik Małego Powstańca…

Julio Cesar koniecznie chciał mnie jeszcze zabrać na Mangeirę – to jedna z większych favel, coś chyba jak Cidade de Deus (tak, ta z filmu Miasto boga), podobno są tam najlepsze imprezy, m.in. z muzyką Rio Funk. Sama muzyka naprawdę mi się podoba, co ciekawe, najczęściej piosenki wychwalają zastrzelonych członków gangu, a same płyty nagrywane są za pieniądze gangów – chodzi o to, by zainteresować i przyciągnąć młodzież… Nie zdążyliśmy tam pójść, ale i tak mi wystarczyło – do tej pory jeszcze nie przetrawiłem tego, co widziałem, czułem się trochę tak, jakbym zwiedzał kolejne kręgi piekła… Prędko do faveli nie wrócę…

Ipanema

Ipanema

Dzień później przeszedłem się po Ipanemie i Copacabanie – i to mnie dobiło, ten kontrast, bo nagle z mrocznego świata slumsów trafiłem do świata drogich samochodów, centrów handlowych, beztroskich chłopców i dziewcząt grających na plaży w siatkówkę… Było mi jakoś niesmacznie i nieswojo…

Cóż, mój projekt Brazylia A.D. 2008 zakończył się jeszcze przemiłą pogawędką z Policją Federacją na lotnisku, i wręczeniem „dyplomu” za nielegalny pobyt (i niestety grzywną – do zapłacenia następnym razem). Na szczęście nie mają tam żadnych miśków ani innych aligatorów, które by wbijali w paszporcie, ba! wręcz przeciwnie – naprawdę było bardzo sympatycznie, i gorąco mnie zapraszali w styczniu – 13-tego wracam!


Chuva

28 listopad 2008

Chuva, chuva… Czyli deszcz. Codziennie. Kilkanaście razy dziennie. Od kiedy przyjechaliśmy, czyli od tygodnia. A lało też i wcześniej. Szaro i mokro. Ale cóż, nie jest tak źle, jak na południu Brazylii, tam to katastrofa – zalane miasta, zerwane drogi, osuwające się domy… A z Cumuru spokojnie można do Prado dojechać, czyli praktycznie wszędzie…

Wróciliśmy z Filipem z Amazonii w zeszły piątek, ale wciąż jeszcze żyjemy na plecakach i w kartonach, że się tak nieładnie wyrażę – przeprowadzamy się do większego domu, ale jeszcze w nim nie mieszkamy, bo mieszkamy obok, jesteśmy więc jakby zawieszeni, jest już blisko, ale jeszcze troszkę brakuje. Największa niedogodność dla mnie to brak Internetu, znów czekam, aż przyjadą jeźdźcy (tym razem z firmy Maximidia) i podłączą mnie do świata wielkiego, wirtualnego, a póki co zasuwam z laptopem codziennie na rowerku (a jakże, w deszczu…) do kafejki jednej albo drugiej, czasem u znajomych parę kilobajtów uszczknę. Przy okazji wyszła ostatnio ciekawa sprawa – Gily i Juan też się ostatnio przeprowadzili, i umówili się z sąsiadem, że podłączą się do jego sieci. Poprosili mnie o pomoc. Przyszedłem, coś tam skonfigurowałem, wszystko pięknie działa – Google, You tube i tak dalej. Następnego dnia mówią, że nie działa. Przyszedłem – jak nie działa, jak działa? Trzeciego dnia znów mnie wołają – mówią, że jak tylko poszedłem, to od razu przestało działać. Nie ukrywam, że z pewnym drżeniem włączałem ich komputer… Działało. Mówią, że to channeling, czy jakieś inne przewodzenie (na kabale się znają i różnych magiach ezoterycznych). Ja się nie znam, wolałbym się przebadać, jeśli byłaby taka możliwość… W każdym razie chwilowo omijam ich dom szerokim łukiem…

Amazonia… no tak – będzie następnym razem. Najpierw mała rekonstrukcja zdarzeń wcześniejszych, na podstawie wizji lokalnej, czyli przeglądu zdjęć. Z kronikarskiego obowiązku, choć do Thietmara mi daleko…

No i jeszcze specjalnie dla Kuby filmik z naszego ulubionego baru Oasis z Porto Seguro: http://pl.youtube.com/watch?v=EdDbdJsx18A.

 


Nas drogas!

11 październik 2008
Przejeżdżałem obok poczty, niby przypadkiem, ale nie przypadkiem, od kilku dni tak wychodzi, że tam przejeżdżam, i w końcu tak, jest! Dziewczyna macha mi już z daleka, bo doskonale wie, że czekam na tę paczkę. Odbieram, udaję, że jestem spokojny, ale ręce mi drżą, podpisuję, i tylko ukradkiem patrzę, czy przesyłka nie była otwarta, nie wygląda na to, żadnych śladów kontroli, jakby granice nie istniały. Wsiadam na rower, byle jak najszybciej do domu, gnam szybciej niż Zenon Jaskuła, z jednej strony uczucie radości, że jeszcze tylko kilka chwil, a z drugiej – ten cholerny głód, tyle czasu bez, organizm źle to znosi, psychika rozłożona na łopatki… W końcu jestem w domu, szybko garnek, podgrzać, czemu to tak długo trwa? Rozrywam paczkę, rozrywam woreczek, wsypuję zawartość, jeszcze tylko chwila, muszę wytrzymać… Już, gotowe! Jest we mnie, czuję, jak rozchodzi się po całym organizmie, uczucie błogości, w głowie się z tego wszystkiego kręci, nagle rozleniwienie, jakbym unosił się na wodzie delikatnie kołysany przez fale, przestaję się trząść, spokój, absolutny spokój…

Tak, może i jestem wariatem, może to jest jakaś patologia, ale tak właśnie to u mnie wygląda – po prostu ubóstwiam kaszę gryczaną… Nie, nie ubóstwiam – żyć bez niej nie mogę! Wszystko zrobię za woreczek kaszy, a za kilogram – nie powiem, co… A tutaj kaszy nie ma; ryż, makaron – owszem, lubię, jest, ale kasza, kasza! Bez gryczanej nie mogę, z sosem czy bez, z dodatkami czy sama – nie ma znaczenia. Któregoś razu rozsypał się woreczek, ziarenka pod lodówkę, pod stolik, pod szafki – chyba z pół godziny na kolanach zbierałem, dokładnie, metodycznie, jak jakiś glonojad z twarzą przy ziemi, centymetr po centymetrze, byle wszystkie wyzbierać… 

Z każdą paczką od rodziców jest to samo, otwieram jak w amoku, i kasza, dopiero później zdaję sobie sprawę z tego, że nie samą kaszą człowiek żyje, i oglądam inne rzeczy, które dostałem. Wtedy przychodzi radość już spokojniejsza, nie tak gwałtowna i burzliwa, o narkotycznym zabarwieniu, a bardziej łagodna. Cudowne uczucie. Co jeszcze w paczce? Książka oczywiście – bez tego paczka nie jest paczką. Sos grzybowy, borowikowy, pieczarkowy – bo tutaj z grzybami też ciężko, a do kaszy – idealne. Gorące kubki – żurek, ogórkowa, barszcz… A potem chwila smutku, że to cholera tylko niecałe dwa kilogramy. Gdyby tak mieć taką paczkę bez dna, z której woreczek po woreczku by można kaszę wyjmować, i książki – całą bibliotekę skompletować… 

Uff, musiałem z siebie wyrzucić to o kaszy, bo tutaj raczej nie mogę liczyć na zrozumienie…

Teraz o kilku istotnych wydarzeniach w Cumuru. Kot Tamten vel Mały vel Cat-Mandu po kilku dniach włóczęgi odnalazł się u Sandrinhi, czyli tam, gdzie wcześniej mieszkał Brett. Podejrzewam, że ma jakieś zaburzenia nawigacyjne – sam do domu trafić nie potrafi. Musiałem go przynieść na rękach, co okupiłem kilkunastocentymetrowymi szramami. Po zjedzeniu miski Whiskasa, połowy puszki sardynek i na dokładkę drugiej miski Whiskasa wynagrodził mój trud gigantyczną kupą w łazience…

W tym tygodniu zaliczyłem dwie imprezy u Su, której restaurację z reguły omijam szerokim łukiem. Powód jest prosty – to, co ona wyczynia w kuchni, to maestria, przy jej potrawach moje zasady dietetyczne momentalnie szlag trafia. Rzadko sobie pozwalam na „grzechy dietetyczne”, ale jak już sobie u Su pozwalam, to zmieniam się w super-grzesznika, największego złoczyńcę, seryjnego mordercę dietetyki. Zatem w niedzielę churrasco, czyli grill, czyli mięso na potęgę, a do tego hektolitry piwa, może dlatego, że większą część tego popołudnia spędziłem rozmawiając po niemiecku z Hansem, właścicielem jednej z pousad, i jakiś bawarski piwosz się we mnie ujawnił. Do tego sałatki, i oczywiście desery – specjalność Su: smażone banany, ciasta czekoladowe i ciasta z brazylijskich owoców. I dostrzeliwanie insuliny, naturalnie, bo się połapać w wymiennikach nijak nie mogłem… A w środę jakby rewers niedzielnego grillowania – urodziny Ewy, która jest wegetarianką, zatem sałatki i specjały bez mięs, i desery. I w czwartek kac – nigdy więcej do Su…

Poza tym w Cumuru frente fria, podobno już ostatnia w tym sezonie. Leje, jakby się wściekło. I wieje. Raz tak zawiało, że w całym Cumuru przez kilkanaście godzin prądu nie było. A poza tym wieje słabiej, ale i to wystarczy, żeby mój domek od elektryczności odciąć. Muszę co chwilę wychodzić na ulicę, i walić jakąś dechą w słup z drutami, coś tam wtedy pobzyczy, poiskrzy, i prąd wraca. Ale nie na długo, zawieje mocniej – i znów to samo. Do tego księżyc jest prawie w pełni, co oznacza, że przypływy są teraz największe – fale rozbijają się o mój płot, czy raczej jego resztki, z takim hukiem, że ledwo mogę zasnąć, dudni, że aż cały domek się trzęsie. Boję się, że mnie porwie, i obudzę się rano na łóżku jak na tratwie gdzieś na środku oceanu…

Najbliższe tygodnie zapowiadają się ciekawie, bo już za tydzień przyjeżdża Piotrek, akurat w swoje urodziny (dawnośmy razem nie świętowali…), a za dwa tygodnie – Filip. I jak dobrze pójdzie – za trzy tygodnie znikamy z Filipem na miesiąc, w planie jest Amazonia.

Jeszcze wyjaśnienie dotyczące narkotykowego tytułu. Któregoś razu byliśmy z Olą u Su, kilka tygodni temu, i miejscowy doktor przekręcił polski toast „Na zdrowie!”, ale teraz ze zdziwieniem zauważyłem, że się to przyjęło – co się ktoś ze mną stuka, to zamiast „Saude!” jest „Nas drogas!”…


Fermento em pó

3 październik 2008

Tak dawno tu nie pisałem, że aż nie wiem, ani o czym pisać, ani jak… Te kilka tygodni od ostatniego postu to już prawie wieczność, tonie w mrokach niepamięci, choć pewna ciągłość „opowieści” była zachowana dzięki zdjęciom Oli… Tak, Ola przejęła aparat, na szczęście, i robiła to, co powinno się z aparatem robić. Co tam, więcej – wycisnęła z niego wszelkie możliwe mega- czy mini-piksele – nawet nie wiedziałem, że takie rzeczy można nim wyczyniać… Gorzej, że teraz się boję nacisnąć spust elektro-migawki, ale to może kwestia czasu…

Zacznę może od najświeższych wiadomości, z dzisiejszego ranka, bo to jeszcze w miarę dobrze pamiętam. Otóż pognałem na rowerze do przychodni, by odebrać wyniki badania hemoglobiny glikowanej, przywiezione przez obwoźne laboratorium. Jechałem tam z duszą na ramieniu, przeklinając po kolei wszystkie cocady, brigaderio, bolos de chocolate, acai i całą resztę baiańskich i brazylijskich słodkości, które mnie tyle razy skusiły, i obiecując sobie, że już nigdy więcej, absolutnie, pod żadnym pozorem, nie wezmę tego świństwa do ust. Skądś to znamy, prawda? Tak, efekt, jak na solidnym mega-kacu; swoją drogą muszę sprawdzić, czy już ktoś taką paralelę cukrzycową naukowo wyprowadził… Koperty nie ważyłem się przy personelu otworzyć, resztkami sił zachowałem zimną krew (w lodówce 2 batoniki – na śmietnik), odebrałem (i wafelki – też na śmietnik), pokwitowałem (w plecaku ta mała czekolada gorzka – to samo), i wyszedłem przed budynek. Głęboki wdech, drżącymi rękami otwieram – a tam 5,30%. Czyli dobrze. Ba! Bardzo dobrze. Podejrzanie dobrze! No właśnie – podejrzanie dobrze! I tej myśli nie mogę się pozbyć, tak dobrze, że to być może wynik jakiegoś Bogu ducha winnego Joao, Gilberto czy może Binha…

O tym, że wyniki już są, dowiedziałem się od… tak jest – Antonia. Nawiedził mnie – przepraszam za to górnolotne sformułowanie, ale najlepiej oddaje moje odczucia – a zatem nawiedził mnie w mych skromnych progach w piątek rano, i właściwie wszystko, co zrobił, to… spisał moje dane. Dodam, że niezły miał przy tym ubaw, próbując wykaligrafować moje imię. Podejrzewając, że i z nazwiskiem będzie problem, próbowałem go przekonać, że wygodniej będzie, jeśli wpisze „Kris”, ale stwierdził, że to musi być tak jak w paszporcie. No i zostałem zarejestrowany – jako Krzysztof Patryk. Zapomniałem, że nazwiska w Brazylii nie są tak istotne…

W każdym razie, jak widać, Godot czasem się jednak pojawia, może to znak czasów, że jak już przychodzi, to nie bardzo wiadomo, po co, bo już wszystko pozałatwiane, a może każdy ma takiego Godota, na jakiego sobie zasłużył…?

Wróćmy zatem do wcześniejszych wydarzeń – z Olą zatoczyliśmy piękne koło, czyli wróciliśmy do Salvadoru, i to do tego samego hotelu, w którym byliśmy, gdy przyleciała. Wprawdzie pierwszą noc spędziliśmy w hostelu, gdzie skusił nas Internet w powietrzu, ale szczur wielkości kota skutecznie nas przekonał do zmiany. Tym razem w Salvadorze mało było atrakcji turystycznych, sporo zaś biegania po Mercado Modelo i Pelourinho i kupowania prezentów i pamiątek brazylijskich. Były też i centra handlowe, a jakże, i włoska restauracja (średnia niestety), i kawa z ekspresu ( w szalonych ilościach, bo tutaj w Cumuru nie ma), i oczywiście masowy zakup książek i czasopism portugalskich – brazylijskie wydania Rolling Stone, National Geographic, Praticando Capoeria, Livros, itp., które mozolnie próbuję tłumaczyć… Do tego doszła też nowa kategoria sklepów – „wszystko dla kota”…

Ola szczęśliwie dotarła do domu, ja też, a przy okazji potwierdziła się następująca rzecz: podróż z Salvadoru w Bahii na osiedle Nowiny w Rybniku trwa tyle samo co podróż z Salvadoru w Bahii do Cumuruxatiby. Czyli, w pewnym sensie, Salvador jest w połowie drogi, czyli w środku.

Tak się złożyło, że zostałem w Cumuru prawie sam – niesamowita rzecz, bo w tym samym tygodniu Ola wracała do Polski, Brett poleciał do swojego piekła, czyli do Rosji, natomiast Angelica – do Chile. Zostałem zatem prawie sam, bo oczywiście jest Ewa. No i tak naprawdę w małym domku też nie jestem zupełnie sam, bo są jeszcze dwa koty – po wyjeździe Bretta wziąłem jego kota, którego zresztą dostał również od Ewy.
Angelica miała wrócić około 15-tego, toteż bardzo się zdziwiłem, kiedy ją zobaczyłem dziś przez okno – zmiana planów, i po 3 dniach w jednym autobusie (tyle się jedzie z Santiago do Sao Paolo) i 24 godzinach w drugim (Sao Paolo – Cumuru) jest z powrotem. Cóż, wieczorem będzie chilijskie wino…

Co poza tym? Życie codzienne i wszystkie związane z tym uroki i udręki, trochę rzeczy bardziej interesujących też się wydarzyło, oczywiście nie na skalę kosmiczną, ale napiszę tylko krótko, o czym tutaj nie napiszę.

O mojej pierwszej tarantuli – przechadzała się po ganku, i chyba wyleczyła mnie z arachnofobii. Właściwie przypominała jakieś małe zwierzątko, zupełnie nie jak pająk… Musiałem jakoś się jej pozbyć, aby uratować nie tylko siebie, ale i Olę, i koty – być może działałem w jakimś szoku, w każdym razie wziąłem ją (tarantulę) na szufelkę i… wyrzuciłem do sąsiedniego ogródka.

O kampanii wyborczej, która jest istną zmorą moją – ciągnie się od czerwca chyba, a polega m.in. na tym, że po okolicy jeżdżą samochody z gigantycznymi głośnikami i puszczają w kółko te same piosenki wyborcze… Do tego dochodzą wiece i spotkania, które bardziej przypominają atmosferą mecze piłki nożnej, czy może festy – z nieodłączną muzyką forro, której już szczerze nie znoszę… W zeszły weekend Cumuru zaroiło się od czerwonych flag i młotów i sierpów, z okazji wiecu lewicowego kandydata… Na szczęście wybory w niedzielę, i wszystko to się skończy, choć czekam jeszcze, czym mnie Cumuru zaskoczy – dzisiaj był to widok sporej grupki ludzi, którzy… malowali Cumuru – krawężniki na biało (to jeszcze rozumiem) i drzewa na niebiesko (tego już nie rozumiem).

Nie napiszę szerzej, a warto by było, o miejscowym „wioskowym głupku”, który najwyraźniej uwielbia motocykle – do tego stopnia, że nie zdejmuje z głowy kasku. Wygląda to dość zabawnie, kiedy siedzi w barze cały wieczór sam przy stoliku – w olbrzymim kasku na głowie, a potem wsiada… na rower i odjeżdża.
O tym, jak mnie elegancko obrobili, kiedy siedziałem sobie w domu i pracowałem, w moim „biurze”. Ktoś zakradł się do kuchni, i ukradł chleb razowy, makaron razowy, ryż brązowy i telefon – czarny.

I o planach wyjazdowych nie napiszę, bo jeszcze nie wszystko jest ustalone – więcej następnym razem…

Aha, wspomnę tylko, że koty uznały, iż godzina szósta rano to zdecydowanie za późno, i teraz robią mi pobudkę koło 4:30, 5:00… Plusem jest to, że dzięki temu mogę codziennie oglądać wschód słońca, a minusem – każdy się domyśli…

* Fermento em pó – proszek do pieczenia. Dla mnie ferment w proszku, czyli kompletne zamieszanie. A „zamieszanie” to z kolei po brazylijsku „bafafá” – słowo poch. afrykańskiego. Wspaniałe.


Candomblé

9 sierpień 2008

Tak jak obiecałem, nadrabiam zaległości… Strasznie szybko ten czas leci, wolno, a szybko, niby nic się nie dzieje, a ciągle coś. I na nic nie ma czasu. Tym razem urozmaicenie, wyprawa do Salvadoru, po dwóch miesiącach pobytu w Cumuruxatibie – nie lada gratka!

Prado - kościół

Prado - kościół

Sama podróż – katorga… Żeby być o szesnastej w Itamaraju, odległym o jakieś 50 kilometrów, trzeba wyjechać z Cumuru już o dziewiątej rano. Oczywiście przez Prado, które jest wyjściem na świat, łącznikiem ze wszystkim, czego tutaj nie ma, jedyną drogą, która dokądś prowadzi, niemal drogą obiecaną… W Prado parę godzin czekania, potem autobus do Itamaraju – i tam znów czekanie. Prawie cały dzień minął, a najlepsze jeszcze przede mną – kilkanaście godzin w autobusie do Salvadoru. Jechałem najtańszą klasą, Convencional, ciasno jakoś, autobus pełny, bo to ferie zimowe, no i miałem atrakcje – jak jedni skończyli gadać, to drudzy zaczęli, jak jedni wysiedli, to inni wsiedli, i tak w koło Macieju. Trochę udało mi się przespać, ale całkiem połamany rano wysiadłem, połamany, zmięty, pokręcony… Jak ja dałem radę tę samą trasę zrobić bez przerwy po kilkunastu godzinach w samolotach i na lotniskach? Pojęcia nie mam, młodszy chyba byłem…

W Salvadorze chaos totalny, Armageddon komunikacyjny, samochody, autobusy, motocykle, korki, klaksony – wszystko to centralnie przez moją głowę przejeżdżało, przez umysł mi się przewalało i jakby koleiny zostawiało, i ślady bieżników opon. Po ciszy Cumuru, po tym spokojnym bytowaniu, nagle takie decybele – tam szum fal, śpiew ptaków, szelest liści, a tu warkot, zgrzyty jakieś, motory, miasto, miasto! Nie dość więc, że zmięty i wygnieciony, to jeszcze dźwiękowo, muzycznie jakiś zgwałcony się czułem…

Salvador - widok z hotelu

Salvador - widok z hotelu

Z dworca pojechałem od razu do dzielnicy Barra, przy samym wejściu do zatoki, i wynająłem pokój – przy samej plaży, z widokiem na morze. Prawie jak w Cumuru, czy już na zawsze tak mi zostanie, że wodę za oknem będę musiał mieć? Dalej prysznic, śniadanie, a potem… wstyd się przyznać… do galerii handlowej. Tak, w klapeczkach i w szortach, niemal prosto z dżungli, a jak w amoku jakimś, a jak narkoman na głodzie, do pięknego, klimatyzowanego Shopping Barra, gdzie sklepy, witryny, towary, kawiarnie, kino, ludzie… I księgarnia… Prawie dwie godziny tam spędziłem, delektując się szelestem kartkowanych książek, i nie miało znaczenia to, że książki były w języku, którego nie rozumiem, bowiem sam fakt, że książki są, że ktoś drukuje, ktoś czyta, ktoś kupuje, że Homer, że Edgar Allan Poe, że Lessing, Cootzie, Pamuk, że Dostojewski i dzieła zebrane Freuda, że to wszystko jest – już samo to mi wystarczyło, to mnie do świata i cywilizacji wróciło, nagle jak w domu się poczułem, sam siebie w szerszym kontekście zobaczyłem, i nawet na Paolo Coelho łaskawszym okiem spojrzałem… Potem, nie wiem, czy to z wrażenia, czy jakoś może podświadomie, cukier mi spadł na łeb na szyję, więc gazetę kupiłem, i na kawę i ciastko poszedłem, zapadłem się w wygodnym fotelu w kawiarni jak w angielskim klubie, cygara mi tylko brakowało… Nie ma co, Europejczyk pełną gębą…

A jeszcze potem inne sklepy, nieważne nawet, jakie – sportowe, meblowe, nawet AGD – na wszystko z zachwytem patrzyłem, chłonąłem, niemal na pamięć się uczyłem, jak kiedyś w Berlinie Zachodnim czy we Frankfurcie… I pomyślałem w pewnym momencie – jak to, ledwo dwa miesiące wystarczyły, żeby mnie tak rozmiękczyć, żeby tak mnie zredukować? To co to będzie za pół roku, za rok…?

Salvador - Pelourinho

Salvador - Pelourinho

Z tej ulicy Krokodyli prosto na lotnisko pojechałem, bagatela, dwie godziny… Ola przyjechała wymęczona, też trochę wymięta przez ten samolot, jak wszyscy zresztą, ale wyglądała wspaniale, jak zawsze… No i nagle wszystko się zmieniło, już nie byłem sam, już jakby czasy pionierskie się skończyły, czasy samotnego odkrywania, a jakby wtórna kolonizacja Brazylii się zaczęła, bardziej zorganizowana. Już teraz nie ja, a my, w małym domku, już to inna jakość się zrobiła, bo to już nie sam, a w grupie, małej, bo małej, ale w grupie, już teraz z kimś być, rozmawiać można, już w innych kategoriach się myśli. A to i dziwnie się poczułem, jak to będzie, po dwóch latach bycia samemu, głównie ze sobą, jak to będzie…? Oby nie zrobił się Paweł i Gaweł z tego…

Z lotniska do hotelu, znów dwie godziny komunikacją miejską, wrażenie jakby w kółko się jeździło, prawdopodobnie – słuszne… A potem… rzeczy, które Ola mi przywiozła, rozpakowywanie, takie małe Boże Narodzenie w środku lata, choć właściwie tutaj środek zimy, to czemu nie? I oczywiście szklaneczka, czy nawet dwie, trzy, Walkera Black Label, i jak dzieci posnęliśmy…

Salvador

Salvador

Następnego dnia intensywne zwiedzanie Salvadoru, a wieczorem – ceremonia candomble. Szczerze mówiąc, miałem bardzo mieszane uczucia jeszcze zanim tam dotarliśmy i to zobaczyliśmy, a po samej ceremonii – uczucia jeszcze bardziej się zmieszały. Z jednej strony wyznanie to jest bardzo popularne w Brazylii, z drugiej – jest to też atrakcja turystyczna, dlatego ciężko stwierdzić, na ile rzecz cała była ustawiona, pod tą naszą mini-grupkę turystyczną zainscenizowana (oprócz nas jeszcze małżeństwo Basków). Jak dla mnie było to na pewno przeżycie z gatunku tych, które każą człowiekowi zastanowić się nad kilkoma tak zwanymi istotnymi rzeczami, jako to nad porządkiem metafizycznym wszechświata, miejscem człowieka na tej naszej kulce, kształtem kultury (czy może raczej ścieżkami, rozwidlającymi się ścieżkami kultury…), naturą rytuałów, i tak dalej. Mówię – kazał mi się zastanowić, niekoniecznie zaś od razu przewartościować cały ten porządek, który mi się w głowie jakoś tam przyklepał. Ale wyobrażam sobie, że taka ceremonia w pełnej krasie, przy pełnej obsadzie, mogłaby mi poważniejsze przemeblowanie w mózgu poczynić. Ale do rzeczy – zdjęć żadnych nie ma, bo nie wolno robić, więc tylko krótki opis, subiektywny rzecz jasna, jak rzecz wyglądała.

Kierowca odebrał nas z hotelu, następnie pojechaliśmy na Pelourinho po naszego przewodnika i pozostałych gringos, czyli wspomniane małżeństwo Basków. Stamtąd przewieźli nas do jakiejś dzielnicy poza centrum. Dom, w którym odbywała się ceremonia, oznaczony był przed wejściem białą flagą. Z zewnątrz oczywiście nie wyglądało to na żadne miejscu kultu, zwykły dom (brazylijski) na zwykłym osiedlu (brazylijskim). W środku rozdzielono nas – kobiety siedziały w ławkach po lewej stronie, mężczyźni – po prawej. W kącie pomieszczenia, na podwyższeniu, młodzi chłopcy wygrywali na bębnach rytmy candomble i śpiewali, przy czym nie bardzo wiedziałem, czy ceremonia już się zaczęła, czy to dopiero jakieś przygrywki, rozgrzewka przed ceremonią, bo bębniarze co chwila się zmieniali, bez przerwy też rozmawiali, śmiali się i dogadywali sobie, czasem wychodzili na zewnątrz na papierosa. Siedziałem tam zatem i rozglądałem się po sali, pełnej religijnych akcesoriów, przy czym był to niesamowity miks kulturowy – tu jakiś wąż afrykański prawdopodobnie święty, a tam figurka świętego Antoniego, na podłodze jakieś liście rozsypane, najwyraźniej mistyczne (aż od nich biło), a na stoliku, pełniącym rolę jakby ołtarza, coś jak gromnice; tu flaszka jakaś pewnie z alkoholem, a tam znów Chrystus rzeźbiony, ale jakby Murzyn… Próbowałem odnaleźć jakieś centralne miejsce, axis, wokół którego się to wszystko rozgrywało, ale chyba nie był to wspomniany stół, już raczej dwa rzeźbione krzesła, czy może trony stojące przy przeciwległej ścianie, jednak były one puste, nikt tam nie zasiadł, więc jakoś tak czułem się zawieszony, czekałem na jakiegoś mistrza ceremonii, kapłana, który przyjdzie i zacznie, nie wiedziałem jeszcze wprawdzie, co też by miał zacząć, ale tego początku wyraźnie mi brakowało… Kilka osób się krzątało po sali, jakby coś przygotowywali, kilka osób przysiadło obok nas na ławkach i próbowało dołączyć się do śpiewów, ale… dalej nic konkretnego, nic wyraźnego się nie działo. I już tak prawie przysypiałem, rytmowi bębnów się poddałem i gdzieś się umysł pod sufitem zawieruszył, aż w pewnym momencie coś poczułem, jakieś poruszenie – w przestrzeni, ale i we mnie trochę, nagle niepokój i uczucie dziwności mnie przeszły, rozejrzałem się po sali, spojrzałem na jednego z mężczyzn siedzących koło stołu-ołtarza – a jakby prąd przez niego przeszedł, cały w drgawkach, już jakby między kilkudziesięcioma wymiarami przelatywał, oczy wywrócone i już po drugiej stronie. Jedna z kobiet zdjęła mu okulary i buty, podwinęła nogawki spodni, i wyprowadziła go do przylegającego pomieszczenia. Nagle poczułem, jakbym coś tam zrozumiał, może nie wszystko, ale przeczucie na pewno jakieś miałem, przeczucie sensowności tego, co się działo, jakby błysnęło mi przez głowę, o co w tym wszystkim chodzi. Po chwili mężczyzna wrócił – przebrany dziwacznie, ze zwykłego, statecznego mężczyzny zmienił się w jakąś parodię człowieka, choć nie do końca śmieszną, dziwną po prostu, obcą, a jednocześnie jakby znaną… Do dziś nie wiem, co najbardziej w jego wyglądzie uderzało – czy kapelusz traperski w stylu wczesnego Indiany Jonesa, czy afrykańska przepaska zamiast koszuli, w której zresztą wyglądał jak kura, czy podwinięte spodnie, które stały się szortami? Całości dopełniało cygaro, które pociągał co chwilę, oraz śpiew i taniec – wykrzykiwane przez niego historie obrazowane ruchem, nic z tego nie rozumiałem, ale widziałem jakieś polowania z włócznią, jakieś wielkie zwierzęta, dumę z zabicia potwora czy może smoka…

Salvador

Salvador

Mężczyzna tańczył tak w transie całkiem długo, cały był mokry, chwiał się i ledwo na nogach utrzymywał, i gdy już znowu zacząłem gdzieś błądzić myślami w jakiejś nieokreślonej sferze – jakbym obuchem oberwał, znów to samo – prąd, niepokój, dziwność, zdziwienie, i to przeczucie zrozumienia i poczucie (a może też tylko przeczucie) uczestnictwa – i już następny mężczyzna w drgawkach, i już go wyprowadzają, i też wraca dziwacznie przebrany, całkiem obcy, a znany… Nie myślałem, że się to powtórzy z takim natężeniem, a jednak…

Po jakimś czasie pierwszy z mężczyzn zakończył wyśpiewywanie swoich historii, i zabrał się za wyganianie złych mocy – uczestnicy ceremonii podchodzili do niego, a on zielonymi gałązkami jakby zbierał z ich ciała złe duchy, wytrzepywał je z gałązek za próg, a potem jeszcze jakby błogosławił. Jak tłumaczył nam wcześniej przewodnik, tego dnia ceremonia przeznaczona było głównie dla osób chorych, z różnymi przypadłościami – gdy tylko sobie to przypomniałem, już chciałem wstać, podejść do mistrza ceremonii i przegnać gałązkami w cholerę tę nieszczęsną cukrzycę, ale jakaś część (europejska?) mnie była zbyt silna i przygwoździła mnie do ławki. Na koniec dostaliśmy jakiś ciepły napój, coś jak kisiel (podobno coś z ryżu i mleka kokosowego), w ramach zdobywania nowych doświadczeń wypiłem dzielnie cały kubek, choć wolałbym nie wspominać nawet, jakie myśli mnie przy tym nachodziły… W każdym razie po powrocie do hotelu okazało się, że cukier grubo ponad 200 – czyli, krótko mówiąc, nie tym razem…

Następnego dnia rano poszliśmy na plażę, trochę się zrelaksować przed czekającą nas podróżą… Jakoś w Cumuru, kiedy jestem na plaży, nie miewam tego uczucia bycia gringo, bycia białym w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo po prostu jest tam pusto, natomiast w Salvadorze, na tle brazylijskich plażowiczów, czuliśmy się z Olą tak biali, że aż błękitni, czuliśmy na sobie w każdej chwili przynajmniej pięć par oczu wlepionych w nasze blade ciała… Po obiedzie pojechaliśmy na dworzec, przy okazji ostrego hamowania autobusu Ola zaliczyła upadek na mój plecak, na szczęście kontuzja nie była groźna. Żegnałem się z Salvadorem, przyznam szczerze, z radością – ledwo dwa dni mi wystarczyły, żeby z chęcią wsiadać do autobusu jadącego z powrotem na wieś, wycieczka była świetna i pełna wrażeń, ale jednak spokój, ocean, drzewa, ptaki – to mnie jeszcze nie znudziło, tego mi trzeba… 24 godziny, trzy autobusy, i byliśmy w domu.

Piraci w Cumuru

Piraci w Cumuru

Ola była w Cumuru nie lada sensacją, nie ma co, jak szła na zakupy główną ulicą, to nagle cały ruch zamierał, ludzie przestawali rozmawiać i jak radary przekręcali się tylko z rozdziawionymi ustami, samochody i rowery przystawały na poboczu, fryzjerzy nagle zastygali z nożyczkami czy brzytwami w rękach, robotnicy z młotkami uniesionymi nad gwoździami, kucharze przypalali dania… Na szczęście nie było przypadków zawisłych w powietrzu ptaków, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo… Teraz mija już trzeci tydzień Oli w Brazylii, no i już jest chyba lepiej. Największy problem to oczywiście bariera językowa, człowiek ni w ząb nie rozumie, co miejscowi do niego mówią, ja się już jakoś do tego przyzwyczaiłem, a i też powoli już zaczynam łapać jakieś słowa, czasem nawet sens, ale początki są bardzo ciężkie… W każdym razie pracujemy nad tym – Ana-Paula najpierw ma godzinną lekcję ze mną, a potem z Olą.

Kot

Kot

W naszym domku pojawił się też nowy mieszkaniec – kot! Wzięliśmy jednego rozrabiakę od Ewy, jest naprawdę niesamowity (mój pierwszy kot, nie licząc krótkiego epizodu współdzielenia mieszkania na Grochowie z kotką Awangardą…). Pierwsze dwa czy trzy dni spędził głównie pod lodówką i w kanapie, w której wyszarpał własnymi pazurami solidną dziurę, ale teraz już się przyzwyczaił do nowego miejsca, i stopniowo poznaje okolicę. Dla nas to koszmar, bo czasem znika na dzień czy nawet dzień i noc, i siedzimy smutni i czekamy, kiedy tylko znów przyjdzie… Ale jak już przychodzi, i oczywiście wsunie solidną porcję jedzenia i zrobi w kuwecie to, co ma zrobić, to zaczyna się głaskanie, zabawy, mruczenie, gonienie… A po nocy, jak już się wyśpi i mu się znudzą samotne zabawy, to zaczyna się koncert kocich miauków, które zresztą brzmią jak coś między „miau” a „yahoo”, i zaczyna się rzucanie na drzwi, no i wstaję do niego, głaskanie, jedzenie, zabawa – i tak rozpoczynam dzień około szóstej rano…

I jeszcze jedno – mityczny Antonio… Nie chciał przyjść do mnie, to ja poszedłem… W zeszłym tygodniu zostałem przyjęty przez lekarza, jako kuzyn Ewy zresztą. Okazało się, że moje cukrzycowe zabawki da się jakoś załatwić – insulinę przywiezie mi doktor z Sao Paolo, bo tutaj mają inną, a zresztą nie zawsze mają… Ceny są porównywalne, ale raczej dlatego, że to cena dla lekarzy, normalnie insulina jest droższa. Gorzej z paskami. Jak powiedziałem, że sprawdzam poziom cukru tak z 4-5 razy dziennie, to lekarz i pielęgniarki patrzyli na mnie jak na wariata… Bo tutaj jest tak: paski można sobie kupić, ale cena jest kosmiczna – około 130 PLN za opakowanie (dla porównania w Polsce – 1 grosz). Można jednak mierzyć poziom cukru w przychodni, za darmo. Niestety tylko… raz w tygodniu. Przerażające… Zapisałem się też na badanie hemoglobiny glikowanej, we wtorek do Cumuru przyjeżdża laboratorium (ale strzykawki trzeba przynieść własne…). Wyniki – za dwa miesiące…

Niżej kilka zdjęć z Salvadoru, z Prado, z Cumuru, nie wrzucam tu wszystkiego, ale więcej można zobaczyć na flickrowym koncie Oli: http://www.flickr.com/photos/29110481@N05/


Baleias

1 sierpień 2008

Straszne mam zaległości, znów zaniedbania, ale to głównie przez wyjazd do Salvadoru i chorobę… Nowy post jeszcze niegotowy, wieloryby miały być jego częścią, ale jak się zastanowiłem, to mi wyszło, że nie ma co – aparat pojęciowy i tak za skromny, toteż dla odmiany – bardziej obrazkowo niż tekstowo…

Krótko tylko napiszę, że wieloryby zimą przypływają z południa tutaj do Bahii, chodzą słuchy, że to idealne miejsce na miłość, zakładanie rodziny i tym podobne… W każdym razie dla mnie przeżycie – mimo gorączki (a może też i dlatego…?) - niesamowite, niżej kilka zdjęć i filmik.

 


Meia-Lua de frente Cocorinha c/negativa Cabeçada

11 lipiec 2008

Coś się ruszyło! Coś się zaczęło dziać! Ledwo napisałem, że nic, że wszystko trwa i trwa wiecznie, ledwo narzekać zacząłem, od razu sprawy toku nabrały, i same się wręcz pozałatwiały i poorganizowały. No może poza moim osobistym Godotem – Antoniem, ale – w końcu to Godot… Mam taką cichą nadzieję, że może jak jeszcze raz napiszę, jak wspomnę tak cichaczem, to może się pojawi, może się zlituje nad moim oczekiwaniem, wyglądaniem niespokojnym za okno… „Pan Godot powiedział mi, żebym powiedział panu, że dziś wieczór nie przyjdzie, ale na pewno przyjdzie jutro.” – cóż robić…

Przede wszystkim Ana-Paula – moja „professora” od brazylijskiego, czy raczej portugalskiego, a właściwie brazylijskiego portugalskiego. Jestem właśnie po drugiej lekcji, mam nadzieję, że wytrwam i że będę się przykładał… Bo łatwo nie jest – znów się przenieść w czasy młodzieńcze, szkolne, prace domowe odrabiać, powtórki robić, słówka wkuwać, ćwiczenia… Już zapomniałem, jak to jest, już się zatarło w pamięci, no i teraz trochę niekomfortowo się czuję w roli ucznia, jakbym w przyciasnym mundurku paradował. Ale staram się, poza lekcjami przerabiam jeszcze kursy komputerowe (Rosetta Stone), kursy audio (Pimsleur), podcasty ściągam – i twardo przynajmniej godzinę dziennie na naukę języka przeznaczam. Póki co efektem tej nadgorliwości jest mętlik w głowie, nadmętlik nawet, chaos metodyczny, ale mam nadzieję, że pewnego dnia obudzę się i wszystko będę miał w głowie poukładane – tu gramatyka, tam słownictwo, tam reszta, i pomyślę sobie: „Beleza!”.

Druga rzecz ważna, zadziwiająca, a nawet szokująca (przynajmniej dla mnie), to capoeira. Tak, zgadza się, jakbym tego sam nie napisał, to czytając – też bym nie uwierzył. Ale to fakt, chodzę na treningi trzy, czasem cztery razy w tygodniu… Mój organizm to dopiero ma zagwozdkę, po tak długim czasie siedzenia przy biurku i leżenia na kanapie (mówię tu ostatnim roku, dwóch), po takim zastoju permanentnym – nagle katowany jest karkołomnymi kombinacjami jak cabecada, cocorinha, negativa, ginga… Po treningach, połamany, ciało próbuję zrekonstruować, poskładać do kupy, ale wszystko boli, wszystko ponaciągane, powyciągane do granic możliwości, siedzieć się nie da, bo boli, to się kładę, leżenie też nie pomaga, więc wstaję, dreptam, a każdy krok przypomina o jakimś mięśniu niezidentyfikowanym – przynajmniej do tej pory – a bolącym jak diabli… Z zewnątrz dziwacznie to  musi wyglądać, mały domek na plaży, nad samą wodą, i dochodzące z niego stękania, westchnienia smutne, czasem jakiś okrzyk, jak się zapomnę i nie na tej co trzeba połowie tyłka usiądę…

Z capoeirą w moim wykonaniu problem też jest taki, że nic prawie nie rozumiem z tego, co mestre tłumaczy, trochę jak małpa tam się wyginam imitując ruchy innych, nazwy mylę, bo to wszystko dla mnie nowe, no i w ogóle nieporadny i skostniały jestem, drewniany… Grupa jest dość duża, około dwudziestu osób, niby dla początkujących, ale każdy już kiedyś trochę trenował, każdy ma jakieś podstawy, każdy to wręcz we krwi ma, już nie wspominając o kilku takich, co to już prawie na poziomie mistrzowskim trenuje. Na początku wszyscy raczej z rezerwą do mnie podchodzili, wiadomo – gringo trochę egzotyki chce popróbować, traktowali to jako żart przejściowy, najwyżej kilkudniowy, no ale mam nadzieję, że wytrwam, że „skumam”, że to się zmieni. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jestem w tym towarzystwie największą pokraką, ale nadrabiam chęcią i determinacją, zaciskam zęby i co tam się da, staję na głowie (dosłownie – to jedna z kombinacji…) – i nie odpuszczam.

Capoeira to nie tylko kwestia ruchów, techniki, mechaniki, to nie jest tylko sztuka walki czy taniec, czy gra – to kawałek kultury i historii Brazylii, zwłaszcza Bahii, która jest stolicą capoeiry. To pewien fenomen społeczny, sposób funkcjonowania, etos – wychodzi daleko poza salę, w której się ćwiczy. Zresztą co to za sztuka walki, w której nigdy nie uderza się przeciwnika? Co to za walka, jeśli nie ma przeciwnika – raczej jest partner, z którym się gra… Właśnie „gra” to klucz do capoiery, nauka zasad i reguł gry w capoeirę to taka forma przystosowania się do zasad i reguł panujących w prawdziwym świecie – nie ma co gadać, twardych reguł… Trzeba nauczyć się, jak być twardym, jak zwyciężać i jak przegrywać, jak szybko reagować na zmiany, trzeba nauczyć się szanować innych, być wytrwałym, godnym i porządnym, nawet ubiór musi być biały i czysty, jak cała postawa capoeiristy. Tak, niezręcznie się czułem, gdy mestre Teta zobaczył mnie z papierosem przy kuflu piwa w ostatni piątek – nic nie powiedział, nawet krzywo nie popatrzył, ale poczułem to…

No i capoeira to oczywiście jeszcze muzyka, granie i śpiewanie… Od razu mówię, że nie śpiewam, nie tylko dlatego, że nie znam piosenek i nawet nie rozumiem, o czym się śpiewa – raczej z tego powodu, że natura w tym aspekcie raczej się nie wysiliła i ku temu mi talentu poskąpiła (może gdzie indziej czymś nadrabiam, a jeszcze o tym nie wiem…?), w każdym razie sądzę, że gdybym zaczął śpiewać, wnet by grupka w rozsypkę poszła, i sam bym tam został z bębnem i innymi instrumentami… No i teraz muszę się pochwalić – w zeszłym tygodniu robiliśmy berimbau, instrument najważniejszy w capoeirze, i prawie cały zrobiłem sam! Przy niektórych rzeczach pomogli mi inni, i dobrze, bo maczeta czy piła w moich rękach to nie jest najlepsze skojarzenie, ale mimo wszystko mogę powiedzieć, że sam zrobiłem wspaniały berimbau, gunga – czyli o najniższym brzmieniu, basowym! Grać aż się boję, by nie kaleczyć, no ale z czasem mam nadzieję, że będę w stanie coś wybrzdąkać – mimo jednej struny zaledwie niesamowite można rzeczy na tym wyczyniać. Jeszcze ciekawostka związana właśnie ze struną – jest to kawałek drutu wyciągnięty ze starej opony…

Rzecz zaległa, już prawie archiwalna, o której nie wspominałem – to Euro 2008, i wygrana Hiszpanii – wreszcie, po tylu latach czekania, po tylu fatalnych, katastrofalnych turniejach, po tylu pięknych przegranych meczach, po tylu flaszkach z rozpaczy wypitych… W czasie finału, który oglądałem u „14”, przeżyłem podwójny dramat, dramat dominacji Niemców na początku meczu, i dramat związany z grupką Brazylijczyków, którzy wybrali się w niedzielne popołudnie na tradycyjny obiad niedzielny, czyli ze dwadzieścia hamburgerów i do tego browary, i koniecznie mecz ligi brazylijskiej Recife – Flamengo… Tu Ballack przy piłce, niemiecka machina naciera, niemieckie cyborgi (z polskimi i innymi dodatkami) bezlitośnie prą do przodu, a ci krzyczeć zaczynają na Katorze, buczą, gwiżdżą, i domagać się zaczynają, żeby przełączył ten beznadziejny mecz (finał mistrzostw Europy A.D. 2008) i włączył prawdziwy futbol (12 czy któraś kolejka ligi brazylijskiej). Pstryk! Ja czerwony, potem blady, potem znów czerwony, choć przez moment chyba fioletowy albo i zielony, odwracam się do nich, odwracam się do telewizora, własnym oczom nie wierzę, uszczypnąłem się lekko, ale się nie obudziłem, więc to prawda… Patrzę na Katorze, a on chyba mnie obserwował w tym czasie, bo lekkie przerażenie w jego oczach dostrzegłem, to chyba reakcja na moją grę kolorów była. Pstryk! Wróciło. Dalej Ballack. Dalej Metzelder. Dalej prą. Do normalnych wróciłem barw, i konsystencji też normalnej (bo przez chwilę dziwnie płynny się czułem, jakbym się miał z wrzenia stopić), a ci znowu swoje – krzyki, wrzaski, „Mengao!”, „Mengao!”. Katorze bezradnie na mnie patrzy, coś im tłumaczyć próbuje, chwilę to trwa, ja w tym czasie w Wiedniu byłem, na boisku, przy Aragonesie, a tu nagle znowu: pstryk – i jestem w Nordeste, w Recife konkretnie. Znów gra kolorów, do tego uczucie, jakbym kilkanaście razy windą na szczyt Pałacu Kultury wjechał i na dół zjechał, czuję eksplozję nadchodzącą, więc twardo ogarnąć się próbuję, „om”, niemal postawę lotosu przybrałem, zanurzam się w siebie, próbuję się uspokoić, trochę pomogło… Kilka minut to trwało, lewitowałem gdzieś poza rzeczywistością, kolejny pstryk mnie światu przywrócił, a tam: 1:0 dla Hiszpanii… Potem już było bosko, los mi wynagrodził męki, miejscowi wchłonęli swoją porcję frango, salada, todo i Skola (ja też…) i się zmyli, Hiszpania pokazała klasę, Niemcy nach Hause, ład uniwersalny, kosmiczny został przywrócony, „na świecie zapanowała szczęśliwość” – przynajmniej ja tak to widziałem…

Niedawno ciekawą przygodę miałem u siebie, akurat tak się zdarzyło, że była u mnie Angelica i Francine – miejscowa dziewczyna, „nativa”, bardzo sympatyczna i zabawowa. Wyszedłem po coś na chwilę przed dom, a tu słyszę krzyki i piski Angeliki, i śmiech Francine, wpadam do domu, a tam Angelica stoi na kanapie przerażona – szczur jest w domu! Sam nie wiem, co robić, już do skoku na kanapę czy na stół się gotuję, ale to tak głupio, w końcu ja – facet, one dwie – niewiasty, moje to zadanie wroga unieszkodliwić, z bydlęciem się rozprawić, ale jak…? Coś trzeba wymyślić, żeby na trąbę nie wyjść, ale nic do głowy nie przychodzi, jak tylko uciec, i poczekać, aż szczur sobie precz pójdzie… Patrzę, gdzie Francine, pytam Angelikę – a ona na mój „gabinet” pokazuje, i słyszę śmiech Francine, uchylam lekko drzwi, i widzę ją z solidną dechą w ręku, i widzę szczura, przerażonego, jak w kółko po pokoju biega, uniknąć losu próbuje, a Francine na niego z dechą, jak kot się zabawia, w kota się zabawia, roześmiana, w końcu go tą dechą do podłogi przygwoździła, i na moment zastygł szczur… Ale to nie koniec, taki szczur to twarda sztuka, mówi Francine, trzeba mu całkiem łeb roztrzaskać, musiałem załadować bydlę na szufelkę, i przed domem kacica się z nim ostatecznie rozprawiła, jednym mocnym uderzeniem…

O, jeszcze muszę się pochwalić, że sam ugotowałem moquekę de camarao, czyli z krewetkami! I chyba wyszła całkiem dobrze, choć na razie bałem się kogokolwiek poczęstować, więc to tylko moja opinia… Ale dumny byłem z siebie, i już prawie pełną gębą baiano przez chwilę się czułem…

Tyle na dziś – przekaz niepełny, tylko słowny, bo żadnych zdjęć nie mam – dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że aparat w plecaku leży i zupełnie o nim zapomniałem. Znaczy, że już koniec „wakacji”, że już przyzwyczaiłem się, że już mieszkam, żyję tutaj? W każdym razie obiecuję, że następnym razem będą zdjęcia – we wtorek jadę do Salvadoru odebrać Olę z lotniska, pewnie ze dwa, trzy dni tam posiedzimy, a potem Cumuru. Mały domek zmieni się w małe gospodarstwo domowe, dwie osoby to już prawie grupa społeczna, to zaczątek kolonii polskiej, może dom kultury z czasem otworzymy… Aha, jeszcze planujemy… kota, ale o tym więcej pewnie następnym razem.


Bicho de Pé

27 czerwiec 2008

Tak, żyję! Blog też, chociaż nie jest w najlepszej formie, muszę popracować nad samodyscypliną…

Poprzedni tydzień był dość intensywny, ledwo zrobiliśmy imprezę powitalną, ledwo ona się skończyła, już trzeba było przygotowywać imprezę pożegnalną, no bo jak tak bez solidnego pożegnania wypuścić Piotrka do Holandii? I nie wiadomo, kiedy znów się zobaczymy? A najgorsze, że tam jeszcze pracować będzie musiał… Ostatecznie żegnaliśmy się w czwartek, Angelica zrobiła świetne danie z Bahii o ładnej nazwie „moqueca” – z krewetkami, pyszne. A potem… cóż, było jeszcze wino chilijskie, miejscowe piwo, a także Pisco przywiezione przez Piotrka i Angelikę z Chile, i – jak się okazało – dość zdradziecki to napitek. Powiem tylko tyle, że następnego dnia Piotrek nie wyjechał, pojechał w sobotę… Ale na samolot do Sao Paolo ostatecznie zdążył, w poniedziałek był już u siostry w Hadze, a we wtorek – w robocie… Na imprezie, którą zrobiliśmy u Bretta, oprócz naszej czwórki, była jeszcze Carol – obie z Angeliką próbowały uczyć mnie samby, co było raczej komiczne, oczywiście dla nich, nie dla mnie…

Ten klimat tutaj, ta aura, wszystkie myśli skręca na wyszukiwanie jakiejś okazji do świętowania, a najlepiej – do kilkudniowego świętowania, a nawet – świętowania z okazji braku święta… Jak tylko słyszę od miejscowych, że jest „festa”, to już mi ręce opadają, już mi się słabo robi, już chcę uciekać, gdzie pieprz rośnie. A jak zapytać kogoś, co to znowu za festa, to jeden mówi, że San Antonio, inny – San Pedro, jeszcze inny – San Joao. Mówię na to, że przecież San Joao już było, i to dwa przez tygodnie! „No tak, ale teraz to jest inne San Joao, tamto to nie było to, teraz jest takie, które zawsze świętujemy w Cumuruxatibie. To jest takie prawdziwe.” Inny znowu machnął ręką, i mówi, że może i nie San Joao, ale przecież to Bahia, co za różnica, festa jest i basta. Tak, ciągle to można usłyszeć: „Jesteśmy w Bahii!”. Żeby było jeszcze śmieszniej, we wtorek strasznie lało (znów frente fria…), więc wszyscy siedzieli w domu i żadnej festy nie było. Jak się to robi w Bahii? Przenosi się święto na sobotę!

Tak, Bahia, jesteśmy w Bahii – i jeszcze jedna rzecz: kobiety z Bahii… Bardzo niebezpieczna rzecz, acz powszechna, mimo usilnych prób ciężko mi się przed tą kwestią uchronić. Na przykład gdy byliśmy z Piotrkiem i Angeliką w Prado… Otóż czekamy na dworcu na autobus, siedzimy grzecznie na krawężniku, a tu przechodzi Brazylijka, i do mnie mruga, zaczyna swoje w języku, który ledwo łapię, ale już wszystkiego się domyślam, już te uśmiechy, mrugnięcia, śpiewność, gesty, już mi się w głowie przejaśnia, i już wiem, co zaraz będzie… Angelica w roli tłumaczki, Angelica proszę ratuj, chroń mnie, ale nie, Angelica jako tłumacz doskonały, nic nie przekręci, nic nie poratuje, sam się muszę bronić… No więc pyta Brazylijka, gdzie moja żona, gdzie dziewczyna (to raczej kurtuazyjnie, bo przecież co to za różnica, jesteśmy w Bahii), nawet odpowiedzi nie usłyszawszy już mówi, że jej się podobam, już nawet nie przez Angelikę, już prosto do mnie, na mnie, prosto we mnie, czy mi się ona podoba, nao gosta? Chcesz zobaczyć, poznać, dowiedzieć się, jakie są kobiety z Bahii? Patrzę błagalnie na Angelikę, na Piotrka, oni tylko podśmiechują się pod nosem, ja zaś próbuję stać się krawężnikiem, na którym siedzę, małym robaczkiem, dżdżownicą, próbuję schować się między płyty chodnikowe, ale nie udaje mi się, no i musze coś odpowiedzieć, muszę się jakoś wybronić od kobiety z Bahii, od Bahii całej… Ale jakże tu odpowiedzieć, co tu odpowiedzieć? Przecież nie powiem, że nie, jakże to, jak tak można? Nawet nie ważne, jak ona wygląda, albo i nie wygląda, to nie wypada, to odpada, europejski imprint kulturowy jak kołek we mnie, przez gardło mi nie przejdzie taką obelgę kobiecie w twarz rzucić, okropność… Ale jak inaczej? Powiedzieć, że owszem, podoba mi się, toż to samobójstwo, to jak piłować gałąź, na której się siedzi, sznur sobie pleść… „Owszem, ale…” Układam sobie w głowie to zdanie wymijające podrzędnie złożone, podrzędnie bardzo, jeśli o styl chodzi, ale boję się, boję się, że nie zdążę tego „ale” dopowiedzieć, że ona już nie będzie chciała więcej słuchać, że samo „owszem” jej wystarczy, i już mnie porwie, już się w jej objęciach znajdę, już w innym domku na innej plaży mieszkać będę, już czwórkę albo i więcej brzdąców dookoła siebie zobaczę (z czego pewnie góra jedno moje…), i już po mnie będzie! Litości, co tu robić? Jedyne wyjście to wariata z siebie zrobić, wariata strugać, więc coś zaczynam pod nosem mruczeć, ale tego już ani ona, ani Angelica, ani Piotrek, ani nawet ja sam nie rozumiem, mruczenie i bełkot ze mnie się wydobywa, różnice kulturowe, różnice kulturowe mnie ratują, bo nową kulturę wariacką tworzę, której nikt nie rozumie, i stając w obliczu niezrozumiałego, każdy do swoich spraw wraca, i udaje, że niezrozumiałego nie ma, tylko ja biedny na tym krawężniku z moim mruczeniem zostałem, murem otoczony, osamotniony, ale bezpieczny, od kobiety z Bahii uratowany…

Ech, teraz dla przeciwwagi inna historia, o ostrygach… Pewnego dnia zjawił się u mnie człowiek z reklamówką z ostrygami – cała reklamówka za pięć reali. Powiedziałem, że nie chcę nic kupować, ale uparł się, że mam spróbować, jakie są pyszne. Wyjął z jednej kieszeni kozik i otworzył muszlę, z drugiej limonkę wyjął, skropił, no i spróbowałem. Dobra, ale mu podziękowałem, bo nie bardzo miałem pomysł na to, jak te ostrygi przygotować. Tłumaczy, że z ryżem świetne, i z feijao, czyli fasolą, ale ja mu mówię, że nie mam feijao, że nie. Powiedział, żebym zawołał „panią”, może ona będzie chciała. Mówię mu na to, że nie mam „pani”, że sam mieszkam, i że nie, dziękuję bardzo. On na to, że mam koniecznie jeszcze jedną spróbować, i już kozik, limonka, i już ostryga w żołądku, na nic protesty. Dalej obstaję przy swoim, nie i basta, i odwracam się. Na to on, że w takim razie dwa reale mu się należą, za dwie sztuki. O ty, bratku, myślę sobie, durnia ze mnie robisz? Reklamówka cała pięć kosztuje, a ja tu dwa mam ci płacić? A w ogóle co to za obyczaj, częstować, a potem rachunek znienacka wystawiać? Toż to jak skrytobójstwo jakie… Strasznie się zdenerwowałem, i chyba to zobaczył, bo zaraz się przymilać zaczął, zaraz z jednej, a już z drugiej strony nadskakuje, już mnie klepie po ramieniu, już się uśmiecha i wszystkie cztery zęby pokazuje, i mówi, że te dwa reale to na feijao, że on skoczy do sklepu i kupi, i potem mi ugotuje pyszny obiad, i razem sobie pojemy… Ach, tu już przegiął w absurdalności, pogonić go musiałem, cóż robić…

Tak, Bahia, i ten sposób załatwiania spraw tutaj… Nikt nic nie robi, a wszyscy zajęci, a na nic czasu nie ma, pojęcia nie mam, jak to się dzieje, wszystko ciągnie się dniami, tygodniami, rozciąga się strasznie, ale z drugiej strony wszyscy uśmiechnięci, byle bez gonienia, nie ma się co spieszyć, to Bahia… Najgorsze, że i na mnie przechodzi, i teraz podwójnie zagoniony jestem, bo roboty mam aż za dużo, a z drugiej strony próbuję bez pośpiechu, i bez tego pośpiechu jeszcze bardziej zagoniony jestem, i nic nie mogę do końca zrobić, hamak wieszam już drugi tydzień, do Teixeiry de Freitas trzeci tydzień się wybieram, rower na chwilę pożyczyłem i już tydzień mija jak go nie mam… Doczekałem się już też własnego Godota, to mityczny Antonio, który ma mnie zarejestrować w miejscowej przychodni. Cztery tygodnie temu pielęgniarka powiedziała, że Antonio przyjdzie do mnie, i tak co tydzień mnie uspokaja, że teraz już na pewno, w tym tygodniu już na sto procent się zjawi, no i tak sobie czekam, i czekam…

A w wolnych chwilach wyjmuję sobie bicho de pé – to taka nieprzyjemna sprawa, też zresztą typowa dla tego regionu. Są to małe robaczki, które żyją w piasku, i podczepiają się pod większe organizmy, najczęściej ofiarami są ludzie i psy. Niestety są tak małe, że ich dojrzeć nie można, więc dopiero człowiek sobie z nich zdaje sprawę, gdy zaczyna je czuć. Bicho wgryzają się w skórę stopy, najczęściej pod paznokciami, i powoli sobie tam rosną, aż zaczyna to lekko puchnąć i boleć. Metodą na nie jest nakłucie igłą bąbla, który się tworzy, i wydłubanie paskudztwa. Nie jest to jakaś straszliwa operacja, ale w youtube można znaleźć dość drastyczne materiały na ten temat – wrażliwcom nie polecam…

Jeszcze tylko krótko napisze kilka słów na temat Ewy i Bretta, bo wyszło tak, że o nich piszę, a nikt (prawie) nic o nich nie wie… Poznałem ich podczas pierwszego pobytu tutaj w styczniu, Brett siedzi tu od ponad pół roku i pisze książkę o Rosji, w której spędził 5 lat jako niezależny dziennikarz. Właśnie wczoraj skończył pierwszą wersję, coś 650 stron mu wyszło, całkiem spora powieść, cały czas się z nim droczę i mu mówię, że to bardzo dobrze, jak zrobi skróty to będzie świetne opowiadanie… Brett mieszka kilka domów dalej, więc często się spotykamy, oglądamy mecze u 14, czyli w trailerze z burgerami na głównej ulicy, a w zimne i deszczowe wieczory, jeśli mamy ochotę, sączymy sobie cachacę z marketu (5-7 PLN za litr). Na szczęście pada nie tak znowu często…

Ewa to carioca, tj. pochodzi z Rio de Janeiro, w Cumuru mieszka od 8 lat bodajże, jest córką emigrantów ze Lwowa – wyjechali z Polski w 1939 roku, i przez Włochy trafili do Brazylii. Większość życia spędziła w Rio, zanim osiadła w Cumuru spędziła cztery lata w Nordeste (północno-wschodnia Brazylia) i Amazonii, jeżdżąc po okolicy własnym autobusem, i mieszkając w nim… Ewa mówi całkiem nieźle po polsku, w Polsce była kilka razy (w latach 60-tych, 70-tych, 90-tych), także lubię sobie z nią pogadać, popić kawę i popalić papierosy (bratnia dusza, straszny kopciuch…). Ewa skończyła w Rio Akademię Sztuk Pięknych, w domu ma pracownię, w której maluje, raczej w celach zarobkowych – kupują to tutaj właściciele pousad (czyli takich niby-hotelików), turyści…

To na razie tyle, jeszcze tylko kilka zdjęć z imprezy pożegnalnej i następnego wieczoru…


Festa Junina

16 czerwiec 2008

Kolejny tydzień (nawet z hakiem) za mną, pora na wieści… Tradycyjnie dużo pracy, ale koniec z kafejkami internetowymi! Przybyli wczoraj, jako rzekli, czyli dnia dziesiątego, trzej jeźdźcy z DSTech-u (aż z Teixeira de Freitas…), antenę na dachu zamontowali, kabel pociągnęli, Internet doprowadzili, i cóż dodać – kilobajty fruwają nad moim domkiem jak szalone, domkiem z dziurawym dachem, domkiem bez wody (na szczęście niecałe dwa dni zaledwie), ale domkiem z Internetem… Domkiem na samym końcu Internetu.

W poprzedni piątek wieczorem poszliśmy z Brettem napić się piwa na zabawie, która notabene trwa już drugi tydzień, i o ile w weekend to jest bardzo przyjemna sprawa, o tyle w tygodniu jest to dość uciążliwe – trudno zasnąć w rytmie forró… Tutaj jednak nikomu to specjalnie nie przeszkadza, jak jest festa to trzeba się bawić i basta. W każdym razie w piątek próbowałem wyciągnąć od Bretta więcej szczegółów na temat książki, którą pisze (ciekawe rzeczy przeżył w Rosji), ale zeszło jak zwykle na samą Rosję, Rosję samą w sobie, albo też Rosję w Dostojewskim i Tołstoju.

Nowe niesamowite smaki to gotowane orzeszki ziemne i Quentao. Quentao to odświętny trunek, przygotowywany w Bahii właśnie podczas Festa Junina, przepisu nie jestem w stanie podać, ale jest to cachaça z dużą ilością imbiru i cynamonu, i pewnie innych przypraw, podawana… na gorąco, z wielkich garów. Coś jak nasz grzaniec, jednak (o ile pamiętam) jest to mocniejsze niż grzaniec uderzenie…

Tego wieczoru poznałem też między innymi Ernesto i Marcelo. Ernesto, potomek niemieckich imigrantów z przełomu XIX i XX wieku, jest jednym z największych producentów czekolady w Brazylii (no tak, czekolady, niestety…), kupił niedaleko Cumuru olbrzymi szmat ziemi, i poza tym, że buduje tam dom, zatrudnia miejscowych przy sadzeniu drzew, aby odbudować ekosystem tego regionu. W czasie rozmowy okazało się, że Ernesto niedawno był w Polsce, ponieważ szuka dokumentów dotyczących jego rodziny – wywodzi się gdzieś z okolic Złotowa w Wielkopolsce. Druga niespodzianka to Marcelo – szef dużej agencji marketingowej w Sao Paolo, zakochany w Polsce; ostatnio organizował targi i festiwal kultury brazylijskiej w Warszawie. Jego nazwisko brzmi… Waligóra – to nie żart. A postawny chłop jest, że hej!

W sobotę mocne postanowienie, że nie dotykam komputera – udało się, nie pamiętam, kiedy to się ostatnio zdarzyło. W południe pojechaliśmy z Ewą na grilla urodzinowego do Dulcy, która mieszka na samym końcu Cumuru, w Rio do Pexe. Ma piękny dom zaraz przy samej plaży, a na skarpie miejsce, gdzie organizuje imprezy. Mistrzem ceremonii był Juan, Argentyńczyk, który wyczyniał z grillem i piecem niesamowite rzeczy, serwował dania kuchni brazylijskiej, arabskiej, żydowskiej, i nie wiem już jakiej jeszcze. Był świeżo pieczony chleb pita, były falafele, pieczone jabłka z cynamonem… Był też leniwiec, nie z grilla, tylko na drzewie – niesamowite zwierzę…

W piątek przyjechali „nowożeńcy”, i troszkę poświętowaliśmy, Festa Junina skończyła się w sobotę, i przez chwilę miałem już nadzieję, że teraz będzie troszkę spokojniej. Ale nie – w najbliższy piątek jest następne święto (świętego Antoniego?), znów będzie zabawa w całym Cumuru, w następny weekend kolejne święto… Naprawdę ciężkie jest życie w Brazylii, straszne tempo…

 


Frente fria

5 czerwiec 2008

Minął tydzień, od kiedy wprowadziłem się do domku, i był to bardzo ciężki tydzień – z jednej strony finisz projektu, a z drugiej… frente fria, czyli zimny front (postanowiłem nie angażować się w trzecią stronę, czyli święto Sao Joao – za mało mnie…). Opiszę pokrótce, jak wygląda ów front w wydaniu Bahia 2008:

Leje. Leje całkiem mocno. Jak nie leje, to pada. Pada krótko, albo długo, a jak nie pada – to dżdży. Jak nie dżdży, to mży. Jak ani nie pada, ani nie leje, ani nie dżdży, ani nie mży – znaczy, że zaraz będzie padało, dżdżyło, mżyło albo lało. Do tego wieje. Wieje całkiem mocno. A jak nie wieje, to duje. Jak nie duje, to zawiewa, nawiewa, do domu wwiewa. A jak nic z tych rzeczy się nie dzieje, to lepiej się gdzieś schować, bo zaraz zawieje, zaduje, zwieje, wywieje… W ogródku – wiatr i woda, w czasie przypływu fale rozbijają się o płot, na trawniku bałwany. W domu – wiatr i woda, szczelinami w drzwiach, oknach, nie mówiąc o dachu, jak tylko się da. W łóżku – garnki, bo kapie. Zanim zauważyłem, że kapie, już materac miałem w połowie mokry. Śpię wykrzywiony w jakiś pokręcony kształt, próbując spać na wysepkach suchego. Gdyby się dało, to spałbym w pozycji mostka… W nocy – pobudka, bo centralnie w oko mi kapnęło. I tak przez kilka dni. Ulica zalana, ledwo do Bretta mogę dojść, czyli trzy domy dalej, bo dalej – kałuża na całą szerokość. Rowerem się nie da, bo koła w błocie się zapadają, więc do miasta na piechotę, okrężną drogą, do tego jeszcze nie udało mi się trafić na taki moment bez deszczu, żeby te sześćset czy siedemset metrów zrobić tak, żeby mnie po drodze nie zlało. I tak przez kilka dni. Autobusy z Prado nie dojeżdżają, droga rozmokła i zalana, Cumuru zalane, zalane chyba podwójnie, raz te deszcze, dwa – święto. Sklepy, kafejki internetowe, restauracje otwarte albo i zamknięte, nie udało mi się dojść do tego, jak reguła tu rządzi. Może dlatego, że święto, a może dlatego, że pada, a może – jedno i drugie, przez co nie ma klientów. Nikt raczej tutaj nie pomyśli, że klientów nie ma, bo zamknięte… A są – na przykład ja, przemykam ulicami, między domami, przystaję pod drzewami, i w laptopa próbuję sieć bezprzewodową złapać i zakląć, jak jakiś szaman XXI wieku, czy inny szaleniec…

W pewnym momencie byłem już mocno załamany, zastanawiałem się nawet przez moment, czy nie spakować się i nie przenieść do jakieś ciepłego i suchego kraju, na przykład – do Polski. Słyszałem, że ostatnio bardzo przyjemnie jest…

Na szczęście wczoraj już było trochę ładniej, wreszcie wyszło słońce i było cieplej. Nawet udało mi się dojechać do Ewy na kawę. I nawet nie przejąłem się, jak mi powiedziała, że wyjątkowo mało padało, jak na frente fria. I że zbliża się kolejny zimny front…

A teraz pora na plotkowanie… W ubiegłą sobotę nasze szeregi kawalerów opuścił Pepe, czyli Piotrek Zieliński. Ślub z Angeliką odbył się w Chile, i chyba było, jak to się mówi, „grubo”. Jak z nim rozmawiałem w niedzielę, to mówił, że nie bolało, ale głowy bym nie dał, czy to prawda, bo trzeźwy raczej jeszcze (już?) nie był… No nic, mam nadzieję, że już niedługo nowożeńcy tu zjadą, zobaczę, jak to w praktyce wygląda…

Niżej parę zdjęć – tak jak już pisałem, w czasie odpływu morze cofa się bardzo daleko, muszę się kiedyś wybrać na dłuższy spacer w głąb. Obok – samochód właściciela mojego domku, arcydzieło sztuki sakralnej. I jeszcze burgery u 14-tki, w „centrum” Cumuru (właściciel grał w piłkę z numerem 14, i takąż ma ksywę; w „publicznym” telewizorze mecz Nautico-Botafogo, a ja mam nadzieję, że zobaczę tam coś z Euro2008…). I to samo ujęcie, tyle że z modelem – jak widać, w modzie rządzi tutaj prostota i praktyczność…