Rio funk

Posted: 18 Grudzień 2008 in Cumuruxatiba, Rio de Janeiro

Miało być tak pięknie, a skończyło się… grypą żołądkową. Ścięło mnie natychmiast po przylocie, nawet się rozpakować nie zdążyłem, co tam – nawet zębów nie zdążyłem umyć, a tu już czekało na mnie – rewolucja w żołądku, mętlik i maligna w głowie, no i wyszło tak, że się z Polską w toalecie głównie witałem. Czym sobie zasłużyłem na te zaszczyty – pojęcia nie mam…

Pałace Boga

Pałace Boga

Wszystkie moje plany szlak oczywiście trafił, zatem i zdjęcia z Amazonii pojawią się z (jeszcze większym) opóźnieniem. A dziś kilka zdjęć z nowego domu, w którym teraz Filip urzęduje – w końcu udało nam się przeprowadzić jeszcze przed moim wyjazdem (a w zasadzie w dniu wyjazdu), a nawet podłączyć Internet. Oficjalnie zatem można powiedzieć, że epoka w małym domku, w chatce rybackiej nad brzegiem oceanu już zakończona, natomiast teraz nowy etap się zaczyna. Rzec by można – Pałace Boga, bo dom jest nieporównywalnie większy (6 pokoi chyba, tyleż łazienek, i dwa salony…), i rzecz jasna ładniejszy.

Wjazd do Rio od strony Niteroy

Wjazd do Rio od strony Niteroy

Wylot do Polski miałem z Rio de Janeiro, więc musiałem jeszcze przeżyć szesnastogodzinną podróż autobusem – rzecz nie należy do najprzyjemniejszych, zwłaszcza jak się siedzi w szortach, a klimatyzacja pracuje pełną parą. Cóż, miałem małą zaprawę przed zmianą klimatu…

Po przyjeździe do Rio trafiłem na sobotni kiermasz na Lapie, z sambą na żywo i innymi atrakcjami, a później – udało mi się zwiedzić rejony Rio, których wcześniej nie widziałem. Zwiedzanie to było dosyć specyficzne – w barze z pagode (rodzaj samby) na żywo poznałem Julio Cesara, jakoś tak przy piwie błyskawicznie się zaprzyjaźniliśmy (po portugalsku!), zagadaliśmy, aż w końcu postanowił zaprowadzić mnie w kilka miejsc, do których turyści rzadko trafiają (a i większość mieszkańców Rio też chyba niezbyt często…). Mowa o favelach, czyli slumsach, mieszczących się z reguły na zboczach stromych wzgórz otaczających miasto albo też wyrastających w jego obrębie w najdziwaczniejszych miejscach. Od razu zaznaczę, że w Rio organizowane są „favela tours” – czyli zorganizowane wycieczki na tereny faveli, jednak nie brałem w tym udziału, nie wiem, jak to wygląda, na ile to „ustawione” jest, i też do jakich dzielnic zabierani są turyści. A to ma chyba spore znaczenie – z Julio Cesarem odwiedziłem cztery różne favele, należące do dwóch z trzech głównych gangów, no i w każdej było inaczej, inna ochrona, zabezpieczenia… To, co najbardziej uderza, to fakt, że są to jakby państwa w państwie – jesteśmy w centrum Rio, a nagle po pokonaniu kilkudziesięciu stopni stromych schodów przenosimy się do świata, do którego policja nie ma wstępu, do którego prawo, tak jak my przyzwyczajeni jesteśmy je rozumieć, nie ma wstępu, w którym panują zupełnie inne zasady. Najgorszy (dla mnie) moment to wejście do faveli – idąc po tych schodkach wiedziałem, że jestem obserwowany przez kilka grup uzbrojonych strażników, że prawdopodobnie jestem na muszce kilku co najmniej pistoletów i karabinów, czy raczej armat, bo lubią tutaj duże gadżety… W zależności od ważności faveli i gangu, do którego należy (Comando Vermelho, czyli czerwoni, Amigos dos Amigos (ADA – Przyjaciele przyjaciół), czy TCP), kontrola może polegać tylko na obserwacji, albo też można się znaleźć twarzą w twarz w wartownikiem, który wyłania się nagle z wycelowanym gnatem i sprawdza, czy nie mamy przy sobie broni. Trzeba podnieść koszulkę, obrócić się (wszystko spokojnie i powoli, oczywiście), podnieść nogawki spodni, jeśli są długie… To ostatnie akurat musiałem zrobić, gdy wchodziliśmy do jednej z faveli Vermelho, no i wyszła przy tym dość komiczna (z dzisiejszej perspektywy) sytuacja. Mianowicie wartownik mierząc do mnie mówi, żebym spokojnie podniósł lewą nogę i uniósł nogawkę dżinsów, a ja, mocno spanikowany, pomyliłem portugalską lewą z portugalską prawą, i dalejże złą nogą… Czułem, że coś jest nie tak, strażnik jakoś tak dziwnie na mnie patrzył, może pomyślał, że coś kombinuję, sytuacja zagęściła się mocno, mnie siódme poty oblały, na szczęście Julio Cesar wyjaśnił sytuację – „Spokojnie, to gringo, nie wszystko rozumie”. Wartownik i jego kumple parsknęli śmiechem, ja już nogę właściwą do kontroli ujawniłem, potem drugą, i spokojnie mnie przepuścili… Na koniec rzucili tylko, że mam się tak nie denerwować…

Copacabana – w tle jedna z faveli

Copacabana – w tle jedna z faveli

Po przejściu tej kontroli, ledwo po kilku metrach, trafiamy na 12- czy 13-letnią dziewczynkę, która kuca przy krawężniku z dwoma reklamówkami – w jednej banknoty, w drugiej torebki z kokainą, crackiem, marihuaną i nie wiem, czym jeszcze. Oczywiście są na terenach faveli sklepiki, gdzie można kupić coś do jedzenia czy do picia, ale zdecydowanie przy punktach z narkotykami jest największy ruch. Stałem przez chwilę w pobliżu takiego straganiku – kupują wszyscy, młodzi starzy… Przerażające. Do tego jeszcze ci wszyscy goście z bronią – 14-latek bawiący się UZI, albo młodszy jeszcze chłopak z nudów celujący z ponad metrowego karabinu z celownikiem w mieszkańców Rio spacerujących na ulicach… Przypomniał mi się wtedy pomnik Małego Powstańca…

Julio Cesar koniecznie chciał mnie jeszcze zabrać na Mangeirę – to jedna z większych favel, coś chyba jak Cidade de Deus (tak, ta z filmu Miasto boga), podobno są tam najlepsze imprezy, m.in. z muzyką Rio Funk. Sama muzyka naprawdę mi się podoba, co ciekawe, najczęściej piosenki wychwalają zastrzelonych członków gangu, a same płyty nagrywane są za pieniądze gangów – chodzi o to, by zainteresować i przyciągnąć młodzież… Nie zdążyliśmy tam pójść, ale i tak mi wystarczyło – do tej pory jeszcze nie przetrawiłem tego, co widziałem, czułem się trochę tak, jakbym zwiedzał kolejne kręgi piekła… Prędko do faveli nie wrócę…

Ipanema

Ipanema

Dzień później przeszedłem się po Ipanemie i Copacabanie – i to mnie dobiło, ten kontrast, bo nagle z mrocznego świata slumsów trafiłem do świata drogich samochodów, centrów handlowych, beztroskich chłopców i dziewcząt grających na plaży w siatkówkę… Było mi jakoś niesmacznie i nieswojo…

Cóż, mój projekt Brazylia A.D. 2008 zakończył się jeszcze przemiłą pogawędką z Policją Federacją na lotnisku, i wręczeniem „dyplomu” za nielegalny pobyt (i niestety grzywną – do zapłacenia następnym razem). Na szczęście nie mają tam żadnych miśków ani innych aligatorów, które by wbijali w paszporcie, ba! wręcz przeciwnie – naprawdę było bardzo sympatycznie, i gorąco mnie zapraszali w styczniu – 13-tego wracam!

Komentarze
  1. Łuuu! Ale chata! Nie czytałem tego wpisu jeszcze… świetna lektura!

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s